Puckowy blog
Był zimny wieczór 25 listopada 2009r., gdy Pucek (a właściwie jeszcze bezimienny kotek) przekroczył próg naszego domu. Tak naprawdę nie zauważyliśmy kiedy się wślizgnął przez otwarte drzwi, jednak tylko wtedy były one otwarte przez dłuższą chwilę.
Obecność kotka w domu zauważyliśmy dopiero następnego wieczora, gdy - prawdopodobnie zmuszony przez głód - opuścił swoją kryjówkę w pralni na poziomie podziemnym.
Operacja łapania kociaka trwała mniej więcej dwie godziny. Maluch był tak przerażony, że wszelkie próby przywołania go, czy złapania kończyły się totalnym fiaskiem. Ze strachu schował się nawet w wąską szparę za zmywarką i trochę czasu zajęło skłonienie kotka do opuszczenia tej kryjówki.
Kociaka udało się złapać dopiero przy pomocy fortelu. Na końcu schodów prowadzących do pralni ustawiliśmy dośc wysoką, prowizoryczną ściankę, którą obłożyliśmy kocykiem. Kociak nie dał rady przeskoczyć tej zapory i utkwił w kocyku.
Po złapaniu - wbrew obawom, nie usiłował uciekać. Był na to już chyba zbyt zmęczony i głodny. Z zachłannością rzucił się na mleko. Innego jedzonka woleliśmy mu nie podawać. Wyglądał na bardzo młodziutkiego kociaczka, a u nas w domu z jedzenia dla zwierząt była jedynie sucha i mokra karma naszej suki Golden Retriever'ki i jeszcze mniej pasujący dla kotka pokarm papugi Amazonki.
Spokojny już kociak noc spędził w jednej z łazienek - woleliśmy ograniczyć mu szansę "zakopania się" w niedostępnej szparze. Cały kolejny dzień spędził trochę na moich rękach, trochę na poduszce tuż obok mnie. Już nie uciekał, ale wyglądał na bardzo osowiałego. Po południu odkryłam przyczynę jego kiepskiego nastroju. Kociak był straszliwie zarobaczony. W jego malutkim ciałku stacjonowały robaki długości palca.
Oczywiście natychmiast zawieźliśmy kotka do weterynarza. Dostał coś na wzmocnienie i małą dawkę tabletki odrobaczającej (kolejne dawki miał dostawać według zaleceń weterynarza). Ustaliliśmy także kiedy można z kotkiem przyjść na szczepienia - biorąc pod uwagę jego stan uznaliśmy, że raczej nikt dotąd nie zawracał sobie głowy szczepieniem kociaczka.
Pani weterynarz stwierdziła, że malec ma ok. 3 miesiące. To więcej niż myśleliśmy na podstawie jego wielkości. Przy tym zostaliśmy wyprowadzeni z błędu co do płci malucha - na dzień dobry byłam przekonana, że jest to kotka.
Kolejnym krokiem miało być znalezienie kociakowi dobrego, kochającego domu. Sami obawialiśmy się zaadoptować malucha na stałe ze względu na obecność papugi. Zwłaszcza, że pani weterynarz potwierdziła nasze obawy, co do zagrożenia papuziego życia ze strony kotka, gdy już dorośnie.
Naszej suni kotek nie bał się w ogóle, a ona po pierwszych próbach potraktowania kotka, jako towarzysza zabaw, zrozumiała, że jest na to zbyt malutki i delikatny (choć akurat ta kocia delikatność dość szybko okazała się pozorna).
Komentarze
-
fuckyea
Śliczny kotek ! do mnie też kiedyś się przybłąkał taki mały kotek, ale uciekł..widocznie nie mógł nas znieść


















Opinii użytkowników: 1