Adopcja kota wolno żyjącego. Czy warto dać mu szansę?

fot. Shutterstock

Czy adopcja kota wolno żyjącego jest możliwa? W wielu wypadkach – tak. I często ratuje mu życie!

Wiele jest argumentów za niewypuszczaniem kotów z domu. Może im się przydarzyć sporo złego. Same też przyczyniają się do śmierci istot, na które polują. Ciekawe jednak, że w dyskusjach na ten temat rzadko porusza się te same wątki w kontekście kotów wolno żyjących. Czy są bezpieczniejsze, zwłaszcza te bytujące w miastach? Czy zawsze należy je tylko wyłapywać do sterylizacji i koniecznie zwracać im „wolność” zaraz po zdjęciu szwów? Niekoniecznie. Adopcja kota wolno żyjącego jest możliwa. Wszystko zależy od… konkretnego mruczka. A także od naszej determinacji, by spróbować poprawić jego los.

Adopcja kota wolno żyjącego – nic na siłę!

Na początku podkreślmy: nie chodzi o łapanie siłą i więzienie w domu panicznie przerażonego kota. Ani o odławianie zwierzaka, który sobie radzi na wolności (z pomocą karmicieli) i nie jest zainteresowany zacieśnianiem kontaktów z ludźmi. Jednak takie mruczki stanowią tylko część populacji kotów wolno żyjących. Jest w niej sporo czworonogów, które na wolności zwyczajnie nie dają rady. Albo takie, które – mimo że urodziły się jako koty wolno żyjące, np. na działkach – człowiek ciekawi. Chciałyby, ale boją się wejść z nim w bliższe relacje. A są i takie „dzikie” mruczki, które do karmicieli przychodzą bardziej po głaski niż po jedzenie. Jak to możliwe?

Nie wszystkie koty „wolno żyjące” urodziły się na wolności

Gdy ucieknie komuś mruczek, często dołącza do kotów wolno żyjących. Zazwyczaj znajduje ich miski (gdy w okolicy jest jakiś karmiciel) i jeśli stado mu pozwoli, żywi się przy nich. Jeżeli karmiciel zareaguje i da ogłoszenie, taki kot ma szansę szybko wrócić do domu. Nie zawsze jednak się tak dzieje. Czasem zgubione czy wyrzucone z domu koty latami wiodą życie „dzikusów”. I dopiero gdy coś im się stanie albo zaczną chorować i ktoś zechce im pomóc, okazuje się, że świetnie odnajdują się w domu, ba – czasem nawet mają czip… Poza tym, spotykając obcego kota na ulicy, często trudno się zorientować, czy mamy do czynienia ze zwierzakiem wolno żyjącym czy tzw. właścicielskim. To, że przed nami ucieka, niczego nie dowodzi. Czyjeś koty często boją się obcych. Mało tego – jeśli na zewnątrz znalazły się po raz pierwszy i znienacka, przerażone czasem uciekają nawet przed właścicielem. Trzeba je wtedy odławiać w klatkę łapkę jak koty wolno żyjące. Lepiej więc spróbować zwierzęciu pomóc niż z góry zakładać, że to „dziki” kot, który sobie poradzi.

Adopcja kota wolno żyjącego, który by chciał, a się boi

Koty wolno żyjące nie są zsocjalizowane z człowiekiem i nie należy ich oddawać do schroniska – takie komunikaty pojawiają się czasem na stronach przytulisk. To tylko połowa prawdy. Rzeczywiście, schronisko nie jest dobrym miejscem dla żadnego kota – zwykle pobyt w nim znoszą gorzej niż psy. Poza tym schroniska pękłyby w szwach, gdybyśmy oddawali do nich każdego napotkanego mruczka. Nie jest jednak tak, że wszystkie koty wolno żyjące nie są zsocjalizowane z człowiekiem.

Zwłaszcza w miastach żyją przecież w ich bezpośrednim sąsiedztwie. Codziennie biegną do swoich karmicieli (których np. w stolicy jest kilkudziesięciu w każdej dzielnicy), podchodzą bardzo blisko, wiele daje się głaskać, a nawet brać na ręce. Mało tego, koty wolno żyjące potrafią zawierać pakty z ludźmi, np. chodzą pod sklepy czy na ryby z wędkarzami i wyczekują, aż coś im skapnie. Są oswojone z odgłosami naszego życia: dźwiękami silników, muzyki, sztucznym światłem… Nie można więc powiedzieć, że nie są zsocjalizowane z człowiekiem. Nie są przyzwyczajone do mieszkania z nim pod jednym dachem. Ale spora część z nich może się do tego przyzwyczaić, a nawet to polubić.

Jak zwiększyć szanse na udaną adopcję?

Co zatem możemy zrobić, by zwiększyć szanse na udaną adopcję kota wolno żyjącego?

  • Po pierwsze: najlepiej przygarnąć kociaka. Malucha najłatwiej oswoić z ludźmi i nowymi warunkami życia.
  • Po drugie: większe szanse są w domu spokojnym, bez małych dzieci i licznych gości. Przynajmniej na początku lepiej to rokuje (może to być np. dom tymczasowy, spełniający te warunki).
  • Po trzecie: zwierzak nieśmiały, wycofany lepiej się w odnajdzie w domu, w którym są już inne koty. Zwykle najpierw wchodzi w relacje z nimi, a potem z dwunożnymi mieszkańcami. Może obserwować kontakty rezydentów z ludźmi i uczyć się, że to niczym nie grozi, a nawet niesie z sobą wymierne korzyści… Pamiętajmy jednak, że przygarniając kolejnego kota do stada, należy zrobić mu testy na kocie AIDS, czyli FIV i zakaźną kocią białaczkę (FeLV).
  • Po czwarte: optymalny czas na adopcję jest wtedy, gdy robi się zimno. Zwierzęta instynktownie szukają wówczas ciepłego kąta i potrafią go docenić. Mają też zdecydowanie mniejszą ochotę wydostać się na zewnątrz (oczywiście musimy zabezpieczyć okna i drzwi balkonowe).
  • Po piąte: musimy się uzbroić w cierpliwość. Adopcja kota wolno żyjącego nie jest dla kogoś, kto chce mieć od jutra nakolankowca. Trzeba się liczyć z tym, że przez jakiś czas zwierzak może się chować po kątach, a jeść i korzystać z kuwety – tylko w nocy. Jeśli jednak widzimy postępy, nawet niewielkie, ale konsekwentne – dajmy mu szansę. To może potrwać kilka tygodni…

Adopcja kota wolno żyjącego – dlaczego warto spróbować?

Po co ingerować w życie kotów wolno żyjących i próbować je – jak być może niektórzy pomyślą – uszczęśliwiać na siłę? Ingerować i tak musimy, bo bez naszej pomocy nie mają szans. Zwłaszcza zimą, szczególnie w mieście, gdzie śmietniki i okienka piwniczne są zamknięte, stodół brak, a myszy wytrute. Koty na wolności żyją zwykle najwyżej kilka lat. Dotyczy to zwłaszcza niekastrowanych kocurów, które toczą z sobą walki i przekazują sobie wirusy. A gdy kot wolno żyjący zacznie chorować, jego szanse na przetrwanie, zwłaszcza zimy, drastycznie maleją. Nie wystarcza już wtedy nawet regularne karmienie, styropianowa budka i okazjonalna pomoc weterynaryjna. Poza tym na koty wolno żyjące czyhają te same niebezpieczeństwa co na wychodzące domowe mruczki. Śmierć pod kołami lub pod maską auta, atak lisa czy innego drapieżnika (także psa), zjedzenie trutki na gryzonie, ludzkie okrucieństwo (np. szkło sypane do misek – autentyk!), zamknięcie np. w altanie na działce… to tylko kilka przykładów.

Zwłaszcza więc wtedy, gdy widzimy, że jakiś mruczek jest gotów poświęcić swoją wolność dla towarzyszenia nam w codziennym życiu, nie zostawiajmy go tylko dlatego, że ma etykietkę kota wolno żyjącego, czyli nacięte lewe ucho (tak znaczy się koty wolno żyjące po sterylizacji). Dajmy mu szansę – jeśli jej nie wykorzysta, w ostateczności możemy go wypuścić tam, skąd go wzięliśmy. Albo znaleźć mu inny dom – to też czasem działa!

MAMY DLA CIEBIE PREZENT! Zapisz się do newslettera Koty.pl i już teraz odbierz za darmo e-book „Poznaj całą prawdę o kotach”

Autor: Dorota Jastrzębowska
Array
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments