Codziennik wolontariusza fundacji czyli rzecz o pogryzionej kotce


Zgrzytać zębami i wyć mi się chcę - mówi Ania, szefowa łódzkiego oddziału Fundacji For Animals. Pokazuje zdjęcia i opowiada. To historia pewnej kotki, oswojonej "dzikuski". Rzecz o ludzkiej obojętności i szarpaniu się z codziennością wielkiego miasta.

Zgrzytać zębami i wyć mi się chcę – mówi Ania, szefowa łódzkiego oddziału Fundacji For Animals. Pokazuje zdjęcia i opowiada. To historia pewnej kotki, oswojonej "dzikuski". Rzecz o ludzkiej obojętności i wrażliwości, i o szarpaniu się z codziennością wielkiego miasta.

Piątek, godz.22.07

Siedzimy sobie z kolegą przy towarzyskiej kawce, czekamy na panie chętne na kociaczka. Nagle telefon – ratunku, naszą kotkę podbalkonową właśnie podgryzły dwa psy, nie rusza się, płacze, leży przy płotku ogródka przybalkonowego, ratunku, co mamy robić.

Zrywam się, kolega nieco zdzwiony za mną, w biegu pytam, czy mogą kotkę gdzieś zabrać, zamknąć nim dojedziemy, czy dzika – nie mogą, dzika, pan boi się, że ugryzie. Ok, niech stoją przy kotce, niech nie pozwolą jej nigdzie  odejść, w razie czego niech obserwują, gdzie się schowa.

Po drodze dzwonię do potencjalnego domu stałego, tego od kociaczka, proszę by poczekali, wyjaśniam, dlaczego.

Dojeżdżamy – siedem, może 10 minut.

Kotki nie ma. Ludzi też nie. Nie pilnowali, bo myśleli, nie nigdzie nie pójdzie, no i nie wiedzieli czy na pewno przyjadę.
Szukamy po krzakach, świecimy latarkami, wpełzamy pod balkony. Nie ma, właściwie wiadomo było, że nie będzie. W sobotę pracuję, tłumaczę, że jeśli kotka wróci, niech zaraz pokażą lekarzowi. Ale  –  pani nie ma samochodu. Lecznice  w pobliżu trzy…  No trudno, uzgadniamy, że dzwonią zaraz, jak się kotka pojawi, niezależnie od pory doby. Płaczą nad biedną kotką, przypominają, jak płakała, obiecują absolutnie natychmiast zadzwonić.
Wracamy, panie po kociaki czekają pod blokiem.

Sobota, godz.17.30  

Wychodzę z pracy, profilaktycznie dzwonię – jest kotka, wróciła, siedzi w budce. Czemu nie dzwonili? Ano, tak zeszło.
Byli u weta? Nie, bo dali wody, napiła, się, może się wyliże, bo pije.
Pije, bo ma gorączkę, może jednak do weta? A warto? Może samo przejdzie?
Zmęczona i zirytowana chcę w końcu do domu, zamknąć się i już nigdzie nie wychodzić, daję ludziom 10 minut  czasu do namysłu. No, jednak zabrać do weta.
 

Zabieram.

„Dziką” kotkę wyciągam za kark z budki, przekładam do kontenera, taka „dzika” – kotka płacze, potem okazało się, że na tym karku i nie tylko miała skórę  oderwaną od ciała…  Na koci płacz wylega
na balkony pół bloku, wszyscy zatroskani, dopytują się, gdzie jedzie, czy aby zaraz nie uśpią, czy będą leczyć.. Informuję, ż kilka dni spędzi w lecznicy, potem trzeba będzie jeszcze przez jakiś czas podawać jej antybiotyki, co najmniej na ten okres musi ktoś wziąć ją do domu –  cisza, balkony pustoszeją. Opiekunowie oczywiście nie mogą, ale popytają.

Zawożę kotkę do Centrum (naprawdę nie mam siły dalej)  –  głębokie rany od zębów na tyle kota, krew cieknąca z pupki, rozerwana pochwa, nie wiadomo co z pęcherzem, co ze zwieraczami, cały tył opuchnięty. Leki, kroplówka – by sprawdzić, czy pęcherz cały, czy się wypełnia. Złamań nie czuć. Chyba 250ml, pęcherz się nie wypełnia, jednak potrzebny rtg, może usg. Jadę do Sowy, po drodze dzwonię do opiekunów, informuję o stanie. Mówią, że szukali domu, nikt nie chce kotki wziąć, i żeby ją uśpić.
 

Rtg –  kotka jest praktycznie obdarta ze skóry – wyrywając się psom, odspoiła sobie skórę na plecach i na brzuchu od mięśni. Pokąsania klatki piersiowej. Doba opóźnienia w udzieleniu pomocy lekarskiej – i mamy zakażenie. Dostaje kolejne leki, zostaje w szpitaliku. Ponieważ podejrzanie wyglądają zwieracze, dostaje od razu leki poprawiające przewodność nerwów. Udaje mi się załatwić dt na czas rekonwalescencji.
 

Niedziela rano

Zwieracze nie działają, kotka bezwiednie siusia, kupy nie robi, bo nie ma z czego. Opiekunowie już dzwonili, prosząc o uśpienie, ale ponieważ do lecznicy przywiozłam kotkę ja, my – FFA  –  płacimy za leczenie, ostateczna decyzja należy do nas.

Długa rozmowa z lekarzami, konsultacja z  innym lekarzem –  czekamy. To decyzja lekarzy, nie moja  –  kierują się wiedzą i doświadczeniem, ja właściwie tylko wielkim żalem…

Kotka jest opuchnięta, opuchlizna schodzi, może te zwieracze „załapią”.
W ciągu dnia jeszcze dwa telefony do lecznicy od opiekunów, oni już decyzję podjęli, zdziwieni, czemu lekarze jeszcze czekają.
Niedziela wieczór  –  zwieracze bez zmian.

Poniedziałek rano 

Bez zmian.

W ciągu dnia pogorszenie, nie udaje się opanować zakażenia.
I wczoraj późnym wieczorem decyzja…

Kotka była oswojona, mieszkała pod tym balkonem kilka lat, może 7, może więcej. Trzy lata temu Dobra Pani trochę na siłę (bo kociaczki są takie słodkie), wysterylizowała ją. Dwa lata temu próbowała wysterylizować pozostałe koty spod balkonu – została zwymyślana i przegoniona. Chyba rok temu ktoś z karmicieli zadzwonił do mnie, pojechałam, połapałam koty na sterylki, z trudem uzyskując zgodę opiekunów, kociaków nie pozwolono mi zabrać. Nie wiem, czy są jeszcze, czy przeżyły.

Czemu o tym mówię?

Bo muszę wyrzucić z siebie ogromy żal. Żal do karmicieli i opiekunów.
Do obojętności ludzkiej.

Rok temu kotów i kociąt było 6, może 8. Nie ma ich. Nie wiem, co się z nimi stało. Pytałam – ano, „poszły sobie”. Ta jedna  –  pogryziona  –  była oswojona, tej jednej można było próbować pomóc. Nie udało się, mimo że próbowaliśmy. Karmiciele nie spróbowaliby licząc, że się „wyliże” –  ile umierałaby w bólu i gorączce, we własnych odchodach w tej budce? Gdzie i jak umarły tamte?
Zagryzły ją psy biegające po osiedlu, ludzie znają te psy, nie pierwszego kota „złapały”  – nikt z litujących się z balkonów nad płaczącą kotką nie wie, albo nie chce powiedzieć, czyje są te psy. A nawet teraz, po śmierci kotki możnaby się psami i ich opiekunami zainteresować. Nic nie mam do psów, pso też pomagamy. Zle domowe zwierzaki nie powinny się na siebie rzucać i zagryzać. Nie mieszkam tam, pracuję, czasowo jestem zarżnięta.

Z balkonów patrzyli na mnie emeryci…  Wiem, że nikt nic nie zrobi w sprawie tych psów. Że nikt mi nie powie, czyje są. Najwyżej przy kolejnym pogryzionym kocie nie zadzwonią, by uniknąć trudnych pytań ….

I jeszcze dlaczego – rany na kotce wyglądały strasznie – kilkanaście dziur po zębach. Ale najgorsze było ukryte – wyszło na rtg – prawie na całym ciele odspojona skóra…  No i rozerwane zwieracze. W tym przypadku powodem do uśpienia kotki były i zwieracze, i zakażenie. A ile razy u kota widać ”tylko” kilka dziurek po zębach, i nikomu nie przyjdzie do głowy to, co dzieje się głębiej? Ogromny zbiornik ropy pod oderwaną skórą?

Kotki nie ma… Pozostał żal, może jakieś wnioski. I rachunki w lecznicach….
 

PS.
Właśnie się dowiedziałam, że wytruto koty na Sędziowskiej – te, które rok temu ściągaliśmy z dachu ruiny.


…………

Od Redakcji. Dlaczego publikujemy tę opowieść? By poruszyć serca i uwrażliwić na kocią krzywdę. Bo także kotu wolno żyjącemu można i należy spróbować pomóc – i współpracować z tymi, którzy pomoc niosą – wolontariuszom fundacji pro zwierzęcych. Działają w czasie wolnym od swoich prac zawodowych, kosztem swojego czasu, paliwa, finansów. Jak pomóc? Współpracując przy łapaniu, przechowywaniu chorych kotów, wożeniu do lecznicy, wspierając darowiznami – fundacje nie mają odgórnego budżetu, za leczenie kotów płacą w lecznicach, każda złotówka jest na wagę kociego życia.

 

Anna Skrzycka

Fundacja For Animals Oddział Łódź

konto 60 1370 1170 0000 1706 4855 2200

KRS 0000 265 307

NIP: 629-23-49-958