Dodek – kot szpitalny


Jest takie miejsce w Polsce, w którym kocha się koty i nie przegania. Szpital. Ludzki szpital, do którego zaproszono kota.

Kot w szpitalu

Kot jest czarny i bardzo miły. Od niedawna zamieszkał w przyszpitalnym ogrodzie. Ma chronić przed gryzoniami. Oficjalnie. Nieoficjalnie – by  przynosić szczęście pacjentom i personelowi medycznemu. Ocieplać atmosferę, wywoływać uśmiech i pomagać wracać do zdrowia. Rzecz dzieje się w Trzebnicy.

Czarny kot ma imię oczywiście. Dodek.
I tak wita się na profilu szpitala na Facebooku:

„Ponieważ od niedawna mam niewątpliwą przyjemność gościć na terenie Szpitala postanowiłem podzielić się swoimi wrażeniami. Jestem traktowany tu z pełną atencją i zrozumieniem. Atmosfera, którą tworzą kompetentni i serdeczni pracownicy sprawia, że poczułem się tu jak w domu. Na myszy poluję i dobrą energię Pacjentom przekazuję.”

Kot i szpital? Przez wielu połączenie nie do pomyślenia!

czarny kot przy posiłku
fot. Facebook

Wpis na Facebooku o kocie Dodku polubiły już setki osób w przeciągu 22 godzin (czyli do czasu pisania tej wiadomości). Ktoś pyta o prawdziwy dom dla Dodka. Ktoś inny straszy toksoplazmozą i rozlicza koszty tabliczki. Wszystkie pozostałe – pełne zachwytu i aprobaty.

Bardziej ludzki szpital dzięki mruczkowi. Specjalista od kreowania wizerunku nie wymyśliłby tego lepiej.

czarny kot na chodniku
fot. Facebook

Nie tylko Dodek

Dodek imię dostał po zmarłym w 2006 roku chirurgu Aleksandrze Deotacie Łapczyńskim, który uwielbiał koty.

To właśnie za czasów doktora Łapczyńskiego w okolicy szpitala zaczęły pojawiać się mruczki.

To było kilkanaście lat temu. Pan doktor codziennie jak w zegarku przyjeżdżał na parking przed szpitalem o godzinie 7.30. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiał się obok niego kot. Wychodził zza krzaków. Duży, czarny z białą krawatką i skarpetkami.
Za pingwinkiem dreptały mniejsze od niego czarno-białe kociaki. Cała gromadka łasiła się do doktora, kręciła między jego nogami, domagając pieszczot. Po przywitaniu ze zwierzakami doktor szedł do drzwi budynku, prowadzących na oddział chirurgii. Pan Łapczyński wyjmował śniadanie, dzielił na połowę. Jedną chował, drugą dzielił na małe kawałki i rozkładał do trzech miseczek. Ten obrazek zapamiętało wielu pracowników szpitala – donosi natemat.pl.

W maju 2006 roku doktor Łapczyński ciężko zachorował i przestał przyjeżdżać do pracy. Jednak koty i tak codziennie rano czekały na niego w krzakach za małym wzniesieniem. Niestety, doktor już nigdy się nie pojawił pod szpitalem i nie nakarmił swoich ulubieńców.

Odtąd w okolicy szpitala wciąż kręcą się jakieś koty. Okoliczni mieszkańcy nazwali nawet wzgórza wokół placówki Kocimi Górami.

kocia tabliczka
fot. Facebook

Koty przychodzą i odchodzą. Jednak to właśnie czarny Dodek skradł wszystkie serca. Może dlatego, że tak bardzo przypomina swoim zachowaniem tamte trzy koty sprzed lat. A może to sam pan doktor Łapczyński wysłał kociego emisariusza, by dbał o szpitalne koty i podtrzymywał w szpitalu dobrą aurę.