Eutanazja – pożegnaj mnie godnie. Wyznanie weterynarza

Trudny temat do którego zbierałem się już jakiś czas. Jak zwykle możecie liczyć na mój - lekarski punkt widzenia.

Jak to z trudnymi tematami bywa, punkt widzenia zapewne mocno subiektywny – eutanazja, bo to o tym będzie mowa.

Eutanazja

Pojęcie wieloznaczne, zwykle rozumiane jako powodowane współczuciem pozbawienie życia osoby nieuleczalnie chorej (uśmiercanie chorego), skrócenie cierpień osoby długotrwale doświadczającej niemożliwego do ustąpienia bólu) i cierpiącej, na jego lub najbliższej rodziny żądanie.

Eutanazja, w niektórych kodeksach karnych, w tym polskim określana jest jako rodzaj zabójstwa. Od połowy XX w. eutanazja jest omawiana w kontekście nauki biotechnologii, bioetyki, prawa, polityki i religii.

Źródło: Wikipedia

Definicja stricte odnosząca się do człowieka, ale jak dobrze rozumiecie nie będziemy tu mówić o ludziach. Mamy tutaj szereg różnic. Od oczywistych, związanych z gatunkiem, po inne kwestie, które omówię. Całość będzie stanowić to weterynaryjne podejście, zarówno dotyczące osoby, która zwierzę doprowadza, po zwierzę i po lekarza, który ten zabieg wykonuje.

Brzemię lekarza

Chyba nie ma pośród nas, lekarzy osoby, która nie spotkała się z tym zabiegiem. Nie ważne czy jest się specjalistą z wąskiej dziedziny, czy lekarzem pierwszego, a w tym wypadku ostatniego kontaktu. Do naszych rąk (i tylko naszych), oddano prawnie możliwość oceny kwalifikacji i samego wykonania tej czynności. To lekarz nosi brzemię tego, czy eutanazja jest słuszna, czy „dało się coś jeszcze zrobić”.

Przyczyną najpowszechniejszą jest przyniesienie ulgi schorowanemu, często już długotrwale leczonego zwierzęcia, pozwolenia mu odejść, gdy już albo już za moment choroba przyniesie ból, dezorientacje, cierpienie. Trudności z tym związane dostarcza fakt, że to lekarz musi ten fakt ocenić.

Nie jestem do końca przekonany, czy jesteśmy na to odpowiednio przygotowani przez ośrodki kształcenia. Znamy fizjologię, znamy biochemię przemian w organizmach, w teorii jesteśmy w stanie ocenić ból, szanse i rokowania, ale czy jesteśmy w stanie być w 100% pewni, że robimy dobrze dociskając tłok strzykawki z tym ostatnim zastrzykiem? Na to pytanie każdy z nas – lekarzy odpowiada sobie samemu, czasem kilkukrotnie w ciągu miesiąca.

Tak naprawdę nie można się do tego przyzwyczaić, ale i nie powinno. Czasem znosimy to gorzej, gdy o pacjenta walczyliśmy, gdy przez pewien czas była szansa, że wszystko się ułoży, że zwierzę z tego wyjdzie. Czasem znosimy to źle, gdy widzimy, że zwierzę dało się uratować, ale trafiło do nas za późno, że organizm chorował dłuższy czas, a my po prostu musimy dogasić tą wypaloną świeczkę.

kotu weterynarza
fot. Shutterstock

Zwierzę w świetle polskiego prawa

Wiecie, kiedy jest najgorzej? Gdy musisz to zrobić, bo widzisz, że nie zawiniłeś, że nie zawiniło zwierzę i cały świat tylko ta osoba po drugiej stronie smyczy. Gdy widzisz w oczach tej osoby, że jeśli nie ty, to ona sobie z tym inaczej poradzi, że gdy odmówisz eutanazji, to ta osoba wyjdzie od Ciebie i nigdy tego zwierzęcia już nie zobaczysz, ani nikt inny…

Nie raz słyszałem o historiach, gdy zwierzę usypiane było tylko dlatego, że właściciel był znany z tego, że radzi sobie samodzielnie, gdy lekarz odmówi. W świetle naszego prawa zwierzę to rzecz. Do rzeźni wozi się je ciężarówkami, nie przeliczając na życie tylko na kilogramy. Strzela się do nich w ramach hobby z gównianą otoczką wielkiej tradycji lub trzyma w klatkach, by jakieś babsko mogło mieć obszycie na rękawiczkach lub płaszcz. Czym więc będzie pies w oczach polskiego prawa? Cały czas idziemy do przodu, ale na każdego funkcjonariusza organizacji prozwierzęcych przypada 100 zwyroli. Chyba odszedłem od tematu…

Kolejne pytanie: „czy zwierzę chce umrzeć?” paradoksalnie, my nie możemy wybierać, jeśli chodzi o nasze życie według kodeksu, ale możemy decydować o życiu zwierzęcia. To nasze subiektywne obserwacje. Fakt, poparte badaniami, żelaznymi regułami z książek i pism branżowych, decydują czy to już ta godzina.

Czasem ograniczeniem są środki finansowe opiekuna, bo leczenie kosztowne, a na operacje funduszy brak. Raty odpadają, fundacje w okolicy nie mają pieniędzy, lekarz (nawet ten z powołania) gdyby miał ratować wszystkich za darmo, długo by w zawodzie się nie ostał. Brutalna prawda. Życie zależne od kilku banknotów. Pieniądz rządzi światem – nie zawrócisz rzeki. Czasem się nagniesz, ale nie dasz rady zawsze.

Paliatywne leczenie ludzi, w dużej mierze jest podobne do leczenia zwierząt. Często wiąże się z bólem, ale człowiek jest w stanie sobie to jakoś wytłumaczyć. Odnaleźć w tym sens, z samej walki ten sens zrobić. A pies, kot, królik? Czy one chcą i potrafią szukać sensu? Czy może po prostu chcą, by nie bolało?

Życie za wszelką cenę?

Czy musimy walczyć za każdą cenę? Lis odgryza sobie nogę, gdy wpadnie w sidła, a i niejednego chomika widziałem, który odgryzł sobie ułamaną łapę. Czy to jest wzorzec do którego mamy dążyć? Życie za wszelką cenę? Czy taki model obrała natura? Miałem coś wyjaśnić, a zadaję tylko pytania. Kiedyś ktoś mi powiedział, że nie zrozumiem walki o życie, bo sam o swoje nigdy nie walczyłem, że nie można oceniać woli walki o życie, gdy samemu tak naprawdę pozostało życie w bólu.

Gdy widzę koty karmione przez rurkę miesiącami, psy po amputacji nosów lub żuchwy, zwierzęta z nieoperacyjnymi guzami wielkości pomarańczy, zastanawiam się nad tym czy cierpią, czy jest im źle, czy mimo że ten jeden wydaje się funkcjonować normalnie to czy to znaczy, że ten drugi też będzie? Patrzę mu w oczy i nie wiem, a merdający ogon to nie jest do końca wyznacznik prawdy.

Kot kontra weterynarz
fot. Shutterstock

Leczenie zwierzęcia czy sumienia?

W którym momencie leczę zwierzę, a w którym momencie swoje sumienie? Kiedy opiekun leczy, walczy o swoje zwierzę, a w którym zaspokaja po prostu samego siebie nie chcąc się po prostu godnie pożegnać i interpretuje każdy sygnał od zwierzaka na opak. Byleby pasował do swojej teorii.

Eutanazja to zawsze jest decyzja lekarza. Za przyzwoleniem opiekuna, ale nigdy na jego żądanie/prośbę/ groźbę. Już nie zagryzam zębów, gdy słyszę durne teksty w stylu „ja bym wolała uśpić niż oddać, bo on beze mnie będzie smutny i nieszczęśliwy” lub klasykę gatunku „proszę uśpić bo, jest już stary”. Opiekun stety/niestety może także odmówić i niestety, często z przyczyn emocjonalnych odmawia, a argumenty „za” uderzają w twardy mur z emocji, własnej definicji miłości czy pobudek religijnych/ światopoglądowych.

Stoisz nad tym stołem, wszyscy wokoło płaczą, ty nie możesz, bo jesteś przecież profesjonalistą. Uspokajasz, mówisz, że tak będzie dobrze. Już nic się nie da więcej zrobić.

Stoisz nad tym stołem, nikt nie płacze, ty nie możesz złapać tej osoby i uderzyć w zęby za to, co zrobiła temu zwierzęciu, bo jesteś przecież pieprzonym profesjonalistą. Uspokajasz się w sercu, myśleć, że tak będzie dobrze. Może miesiąc temu dałoby się coś więcej zrobić, ale już nie dziś.

Wybija koniec dyżuru, pakujesz fartuch do szafy, ścierasz jeszcze ciepły stół i wychodzisz, a one wszystkie idą gdzieś tam z tyłu głowy razem z Tobą.

Autor: Lekarz weterynarii Przemysław Łuczak, EgzooVet