Fryderyk – mały Wielki Bohater


Opowieść o wielkiej miłości.

Tę historię zamieściliśmy cztery lata temu. Przypominamy ją – z dopisanym jeszcze jednym rozdziałem.

24.06.2013

Fredzio jest maleńkim peterbaldem. Maleńkim, bo jest po przejściach. Ma tyci-tyci łapki i wielkie uszy. Rozczula mnie. Każdy dzień to jego urodziny…

Jego przygoda rozpoczyna się 21.11.12, wraz z narodzinami.

Był to najradośniejszy czas zarówno dla niego – bo dostał życie – jak i dla mnie, bo na świat przyszedł mój ukochany Fredziu. Jego podróży życiowej towarzyszyło również dużo metafizycznych zdarzeń, które informowały mnie, że Fryderyk powinien jednak pozostać przy mnie.

Chłopak urodził się zdrowy, silny, piękny, przybierał na wadze jak wszystkie pozostałe kocięta, łapczywie wysysał mleko matki jakby obawiając się, że niedługo będzie ono reglamentowane. Fredziu rozwijał się bardzo dobrze, był najsprawniejszy, najśmieszniejszy, miał najwięcej energii i tę energię zawsze musiał uzewnętrzniać w tańcach.

peterbald
fot. Merkaba*PL

Czas smutku

Mając dwa i pół miesiąca Fryderyczek już nie przybierał na wadze tak szybko jak pozostałe peterbaldziątka. Rósł, ale nie tak jak inne kotki z miotu. Co jakiś czas zdarzało mu charakterystyczne“mlaskanie”, które sugerowało, że Fredziowi jest niedobrze. Nerwowe przełykanie śliny było początkowo bardzo sporadyczne, więc nie byłam aż tak mocno zaniepokojona, tym bardziej że bawił się, tańczył, pozował chętnie do zdjęć i wariował z resztą kociaków.

Z czasem jednak zaczęło towarzyszyć mu mocno manifestujące uczucie nudności, nasilające się z dnia na dzień. Miesiąc później stało się ono tak bardzo intensywne, że Fryderyk nie powstrzymywał już wymiotów i stały się one codziennym porannym, południowym i wieczornym rytuałem. Szukanie przyczyny trwało długo, trudno było trafnie zdiagnozować maluszka. Teraz diagnoza jest dla mnie oczywista, ale wtedy wszyscy czuliśmy się bezradni.

Lecznica

Fredziu trafił do lecznicy w stanie krytycznym. W przeciągu kilku dni wymioty odchudziły go o prawie 200 g. Mając ponad 3 miesiące schudł do wagi 663 g, podczas gdy jego rodzeństwo w tym czasie cieszyło się dwukilogramowym ciałem.

Kiedy Fryderyk zemdlał przy wymiotach, szczęście pokierowało nas do lecznicy, w której lekarz zobaczył to, czego nie udało się dostrzec innym. USG ukazało fragment jelita, w którym nie było perystaltyki. Diagnoza – wgłobienie jelita, mechaniczne. Na odcinku dwóch centymetrów jelitko dwu i pół miesięcznego Fredzia zassało się do środka. Zassanie to można porównać do wysuwającego i wsuwającego się teleskopu. Reakcja weterynarza była natychmiastowa, moja zgoda na zabieg pomimo złych rokowań w związku ze stanem małego pacjenta i kolosalnych kosztów zabiegu oraz późniejszej rehabilitacji – również. Rozpoczęła się trudna walka o życie.

Sala operacyjna stała się dla Fryderyczka ringiem, a Fredziu został Wielkim Fighterem, którego przeciwnikiem była śmierć.

Zabieg zakończył się pomyślnie, choć wyprowadzenie jelitka Fredzia była pracą dla weta niemalże zegarmistrzowską. Fryderyczek był mikro kotkiem, ważył niecałe 670 g, a jego jelito było szerokości słomki. Na zassanym odcinku na szczęście nie było martwicy.
Radość nie trwała długo, bo kolejny problem pojawił się tuż po operacji – Fredziowi nie można było przywrócić krążenia. Był zbyt słaby, by ogrzać i postawić na nogi swoje maleńkie ciałko. Lekarze zrobili wszystko co mogli i po 6 godzinach spędzonych w lecznicy, nocą, zawiozłam Fredzia zawiniętego w kocyk, ułożonego na termoforku, do domu. Zgodnie z zaleceniami całą noc nagrzewałam jego ciałko.

Uwierzcie mi, to była najdłuższa i najbardziej wyczerpująca psychicznie noc, jaką dane mi było przeżyć. Noc podszyta lękiem i niepewnością następujących po sobie kolejnych minut.
Pomimo wszystko pozostałam w wielkiej wierze, że wróci, modląc się do wszystkich możliwych bóstw, by mój filigranowy chłopczyk wygrał trofeum, jakim było dla niego życie. Nie traciłam wiary, choć wychodząc z lecznicy, w oczach weterynarza dostrzegłam próbę przekazania mi, abym pogodziła się z tym najgorszym scenariuszem.

peterbald
fot. Merkaba*PL

Jak Fredzio przechytrzył śmierć

Cud, na który czekaliśmy wraz z całą lecznicą, nastąpił dopiero nad ranem. Fryderyczek miał tak silną wolę życia, że udało mu się po 10 godzinach od zabiegu poruszyć łapką, a później pijanym krokiem podjąć próby poszukiwań innych kociąt, żeby się do nich przytulić. Cieszyłam się i płakałam, jakby został wskrzeszony. Śmieję się teraz, że te 10 godzin bezruchu Fryderyczek potrzebował na to, by przechytrzyć śmierć udając, że… nie żyje 😉

Od narodzin był dla mnie kotkiem wyjątkowym, a przez to co przeżył, stał się bardzo ważną istotą w moim życiu.

W chwili obecnej Fryderyk ma prawie 7 miesięcy, a jego waga oscyluje w granicach 900 – 960 g. Tak, przytył trochę, ale nie jakoś znacznie. I wszystko wskazuje na to, że Fredziu więcej nie urośnie. Mój ukochany chłopczyk okres intensywnego wzrostu ma już właściwie za sobą. To był właśnie ten czas kiedy miał intensywny trening przed walką o życie. Fryderyczek zawsze więc będzie wielkości świnki morskiej na długich nóżkach. Aby się przemieszczać nie potrzebuje transporterka – wystarczy mu mała torebka lub kieszeń bluzy.

Cóż, może i Fredziu jest maleńki, bez wykształconych jąderek, z tyci-tyci łapkami, paluszkami jak zapałeczki, wielkimi uszami, długim jak słomka ogonkiem i twarzyczką (bo przecież nie pyskiem) dorosłego kotka zamkniętego w malutkim ciałku. Ale przez to co przeszedł, zawsze będzie dla mnie Fryderykiem Wielkim.

Choć opiekę nad Fryderyczkiem, pomimo związanych z tym kosztów, proponowało wiele osób znających sytuację, w jakiej znalazł się Fred – nie mogłam się z nim rozstać.

Mówi się, że dni każdego  z nas są policzone…

A co jeśli kalkulator Stwórcy machnął się przy Fredziu na jego niekorzyść? A co jeśli śmierć poczuła się oszukana i nadal będzie go gonić? Dlatego chcę dać mu wszystko co najlepsze i czuwać nad nim, jak jego prywatny bodyguard. Do końca. W miłości.

peterbald
fot. Merkaba*PL

Epilog

Gdybym miała ubrać słowo „doskonałość” w jakieś ciało – nadałabym mu wygląd Fryderyka.

Całe swoje życie uciekał śmierci, ale zawsze wracał pozwalając mi się sobą pocieszyć. Każdego dnia kochałam go łapczywie, by mieć tę miłość „na zapas”, na wszelki wypadek.

Wiem, że dla jednych to był tylko kot. Ale dla mnie to był skarb, który od 3 miesiąca jego urodzin, każdego dnia skrzętnie chowałam przed śmiercią. Spojrzenie Fredzia mnie bolało, rozczulało do granic. Kiedy patrzył mi w oczy – za każdym razem płakałam. On miał to coś, co poruszało każdą komórkę mojego ciała. Zamykając drzwi domu, już za nim tęskniłam… Liczyłam po cichu, że kolejka do drzwi śmierci jest długa. Niestety, 25 stycznia 2014 to ona zapukała do niego, a Fredziu niepostrzeżenie i ufnie otworzył jej drzwi… Jak zwykle bohaterski!

Zawsze powtarzałam Ci Fredulku: pamiętaj, że gdy Ciebie zabraknie w moim życiu – skończy się mój świat. Prosiłam Cię walcz (!), zbierz swoje siły (!), zaplanuj dokładnie strategię tej walki (wiem, że była nierówna, ale wierzyłam, że dasz radę). Powtarzałam Ci chłopaku, żebyś ruszył swój zgrabny peterbaldzi tyłeczek, by wygrać to starcie. Dałeś radę rok i dwa miesiące. Dziękuję Ci za to. Wiedz, że jesteś najcudowniejszym liliputkiem, który rozkochał mnie w sobie bez pamięci.

peterbaldy
fot. Merkaba*PL

Fryderyk całe swoje życie szedł jak pod wiatr. Szedł odważnie, nie poddawał się, tak jakby was słuchał, a mnie chciał zrobić prezent, dając możliwość spędzenia z nim kolejnego dnia.

Fryderyczek kochał podróże… ale tym razem wybrał się w podróż sam… Mój Mały, Wielki Bohater.

tekst i zdjęcia: Marta Kołodzińska; Hodowla Kotów Peterbald Merkaba*PL