Historia 27 kotów w spadku – brakujące rozdziały


W ub. tygodniu głównym kocim tematem w mediach była historia 27 kotów odziedziczonych przez syna starszej pani. Rzecz ma miejsce w Łodzi. Starsza pani umiera, zostają koty. Dotarliśmy też do wcześniejszych wątków tej historii.

W ub. tygodniu głównym kocim tematem w mediach była historia 27 kotów odziedziczonych przez syna starszej pani. Rzecz ma miejsce w Łodzi. Starsza pani umiera, zostają koty. Syn na stałe mieszka w Anglii. Kotów jest dużo. Są dorosłe, niektóre chore.
Jak ciężko wyadoptować taką gromadę dorosłych kotów, wiedzą ci, ktorzy adopcjami kotów zajmują się na co dzień. A co dopiero znaleźć w tydzień. Nagłośnienie w mediach może przysłużyć się sprawie – więc trzymamy kciuki za udane adopcje całej dwudziestki siódemki. Obecnie koty przebywają w prywatnym Hotelu dla Zwierząt przy ul. Kosodrzewiny, czekają na adopcje.
Pełna relacja dostępna na stronie Hotelu: http://hotelzwierzat.com/aktualnosc.php?id=370
Bo koty są tu najważniejsze.
Ale przy okazji ujawniło się kilka trudnych tematów. I to o ich będzie.

Kot po zmarłym = kot bezdomny?

Koty miały być spadkiem po zmarłej. W doniesieniach prasowych brakowało informacji, jak to jest faktycznie z tym spadkiem – jest czy go nie ma. Okazało się, że mieszkanie było wynajmowane, a nie własnościowe. Czy jest jakiś spadek? Nie wiadomo.
Ze spadkiem jest tak, że przyjmuje się go albo w całości albo wcale. Jeśli koty nie są bezdomne, schronisko nie ma obowiązku ich przyjąć. Takie jest prawo. Inna rzecz, że łódzkie schronisko jest stale przepełnione, że ma tylko ok. 100 miejsc dla kotów na tysiące kocich istnień żyjących w Łodzi. Stale w schronisku mimo rotacji, udanych adopcji, stan kotów utrzymuje się na skrajnej, górnej granicy owej setki. Wiele kotów, to koty po zmarłych lub osobach idących do DPSów, którzy nie mają bliskich. Rzadko trafia na raz więcej niż 10 kotów z jednego miejsca (czytaj z jednego domu).
W tak dużym mieście przydałby się drugi oddział schroniska. Nie jedno rozbudowane, ale kilka mniejszych oddziałów. Praktyka mówi, iż lepiej sprawdzają się mniejsze schroniska, zwierzęta mają w nich lepszą opiekę i jest większa ilość adopcji, a o to właśnie chodzi – by bezdomnym zwierzętom znajdować domy, a nie gromadzić je w schroniskach.
Dlaczego oddziały a nie kilka schronisk? By uniknąć bałaganu i niezdrowej rywalizacji ze szkodą dla zwierząt.

O zbieractwie słów kilka

I tu warto nadmienić, że starsza pani nie postępowała właściwie, gromadząc tyle kotów – odpowiedzialna opieka nad kotami to nie zbieractwo, ale tyle kotów na stanie, ilu jest się w stanie zapewnić właściwą opiekę wet, karmę, szczepienia, przestrzeń itd. I to przykazanie powinna sobie wykuć na blachę każda osoba chcąca pomóc kotom bezdomnym.
Zdarzają się osoby przygarniające jednego, drugiego, nastego, dziestego kota… z przesłanek szlachetnych, kierowane odruchem serca. Sobie jedzenia nie kupią, a kotom tak. Ale – stadko się powiększa, a opieka nad nimi jest coraz trudniejsza, aż w którymś momencie przestaje się panować nad sytuacją i dobrostan przygarniętych zwierząt drastycznie się obniża. Bieduje i opiekun i koty.
Zbyt dużo kotów = problemy prędzej czy później. Problemy z finansowaniem. Z utrzymaniem czystości w domu. Ze zdrowiem podopiecznych. Problemy z sąsiadami. Co z kotami w przypadku śmierci opiekuna albo konieczności pójścia do szpitala? Dyskusyjne też, czy te koty są faktycznie szczęśliwe… i wysterylizowane – inaczej mogą się mnożyć! Z obserwacji wynika, że gdy stadko kotów w mieszkaniu przekracza liczbę 5-6 – pojawiają się problemy behawioralne – koty zaczynają znaczyć teren – bo mają za mało przestrzeni do życia. Zbieracze potrafią zgromadzić 20 albo 30 kotów. Pewna pani z Rosji ma ich w mieszkaniu ponad 60 (!).
Zbieractwo to trudny i wstydliwy temat wśród kociarzy. Na potrzeby tego artykułu musieliśmy o nim wspomnieć – i przestrzec – nie tędy droga.

O (woli) współpracy i słabościach ludzkich charakterów

Tylko wspólnym wysiłkiem pracowników i wolontariuszy schroniska i lokalnych fundacji pro-kocich udaje się jakoś zwalczać tę kocią biedę i ograniczać skalę bezdomności kotów – poprzez sterylizacje piwnicznych kotów, wyłapywanie oswojonych i znajdowanie im domów, opiekę nad porzuconymi domowymi kotami… Bo kot oswojony widoczny na podwórku, to najczęściej albo potomstwo domowej niewysterylizowanej kotki albo kot wyrzucony z domu (bo za dorosły, bo znaczy, bo… się znudził, bo alergia – słowo wytrych).
Ilość kotów porzuconych, bezdomnych, to nie wina schroniska, które nie wyłapuje ich, ale – wina LUDZI, nieodpowiedzialnych opiekunów. A także – zbieraczy, co tu kryć. Zbieractwo jest tylko odroczoną bezdomnością.

W pięknym i idealnym świecie wszyscy żyją zgodnie i zgodnie współpracują. W idealnym świecie nie ma porzuceń zwierząt.
Ale realia są inne – zwierzęta są porzucane, ludzie pomagają im z różnych pobudek, a wśród pomagających zdarzają się kłótnie, antypatie, brak woli współpracy, bezradność. Czasem współpraca się udaje, czasem nie.
Także w przypadku sprawy 27 kotów, w tle pobrzmiewają osobiste animozje (tajemnicą poliszynela jest, iż właściciel Hotelu i dyrektor schroniska z Marmurowej nie pałają do siebie sympatią, delikatne mówiąc). I to daje się wyczytać gdzieś między wierszami.

A gdzie były fundacje?

Dlaczego nie dały domów tym 27 kotom?
Łódzkie fundacje nie prowadzą własnych schronisk czy azyli – działają poprzez tzw. domy tymczasowe, czyli domy, gdzie adoptusiów na leczeniu i szukaniu domów stałych jest jeden lub dwa, rzadko więcej. Aby zapewnić rzeczywistą opiekę bezdomnym kotom, dbając o zdrowie rezydentów i mając do dyspozycji zwykłe mieszkania, jakie ma większość z nas – są to domy mało zakocone, nie są to „zbieracze” kotów, ale ludzie z sercami i rozsądkiem na właściwych miejscach.
Rzadko puste miejsce czeka w takim domu tymczasowym na kota. A już na pewno nie 27 takich miejsc.
Co nie znaczy, że fundacje nie przejęły się sprawą kotów po zmarłej pani.
I nie tylko o Fundacji Azyl tu mowa.

Z Komornikiem w tle…

To wcześniejszy rozdział historii 27 kotów. Opowiada wolontariusz TOZ oddział Łódź.
Rzecz ma miejsce w końcu czerwca ub. roku.

Nawet nie wiem, jak zacząć….
Na ulicy X w Łodzi mieszka Pewna Pani. Mieszka w dużym domu. Z dużą ilością kotów. Mąż tej pani, z którym nie mieszka, za jej plecami narobił długów. Po walce w sądach i urzędach, po wielu nieprzespanych nocach, nadeszła straszna chwila. Komornik zlicytował dom. Za bezcen.
Nowy właściciel każe Pani się wynosić. Daje termin do końca czerwca. Pani załatwia sobie maleńkie mieszkanko w centrum miasta. Nie może zabrać wszystkich kotów.
I to jest pierwotna wersja wydarzeń. W takiej formie informacja do mnie dotarła.
Umówiłam się z Panią, ale to co zastałam przekroczyło granice mojej percepcji. Dom- z frontu elegancki i wytworny- wewnątrz okazał się śmierdzącą , od wieków niesprzątaną- hmmm- norą.
Syf, jakiego w życiu nie widziałam, smród, jakiego w życiu nie wąchałam. I koty. Najsmutniejsze koty, jakie w życiu spotkałam.
Jest ich …..28!!!!!!!
Zaniedbane, zarobaczone, zapchlone, nieleczone, w większości niekastrowane. Karmione gotowanym ryżem z wątróbką i –od czasu do czasu- teskowymi puszkami.
Przerasta mnie to, bo:
Czasu jest mało
Koty niechodliwe
Nie mam pojęcia, co będzie dalej.

Tak bardzo chciałabym pomóc tym kotom, a tak bardzo jestem bezradna.
Na razie udało mi się ubłagać sterylki na cito. W środę aż 9 sztuk.
Należałoby te koty odpchlić, odrobaczyć, przeleczyć. Zacząć karmić przyzwoicie. Poszukać tymczasów.
Jestem załamana.

TOZ Łódź wysterylizował wszystkie niewysterylizowne koty (ponad połowa stadka). Były leczone, ale nie doleczone (pani raz dawała leki, raz nie, potem juz wcale nie dawała). Miały mieć tymczasowe pomieszczenie z osiatkowaną wolierą na działce, z dostępem wody (czas lata). Bo skoro eksmisja a wolnych dt brak – pani odmówiła letniska. Były ogłoszenia, niektóre jeszcze wiszą w sieci.
Byli chętni na te koty – niestety żaden nie okazał się być wystarczająco dobry wg starszej pani.

Całą historię (oraz zdjęcia kotów) można przeczytać tutaj:
http://forum.miau.pl/viewtopic.php?f=1&t=129298&sid=78b002bfc62d636be01b31f7be3c157f

W historii ujawnia się drugi rys charakterystyczny dla zbieraczy – trudność z rozstaniem się z kotami. Albo kotów nie chce się oddać, albo pozornie chce się oddać, równocześnie czyniąc wszystko, by koty nie poszły do innych domów. Trzeci rys zbieracza – źle zrozumiana nadopiekuńczość oraz zaburzenie postrzegania sytuacji – „bo gdzie koty będą miały lepiej niż u mnie”, „no gdzie te domki”.
Warunki, w jakich żyły te koty, dalekie były od bajki.
A pomoc organizacji pro-zwierzęcej – storpedowana.
Słuchając serca, nie wolno tracić głowy. Nie w przypadku, gdy od naszych decyzji zależy los i życie zwierząt, które nam zaufały.