Kot chodzi własnymi drogami. Ile w tym prawdy?

Skąd wzięło się powiedzenie, że kot chodzi własnymi drogami? Czy jest ono zgodne z prawdą? Kot to samotnik czy zwierzę stadne?

Większość z nas bez namysłu odpowie, że tak – każdy kot chodzi własnymi drogami. Mówią tak zarówno ci, którzy kotów nie lubią (dodając zapewne, że kot jest interesownym, fałszywym egoistą), jak i ci, którzy kochają te piękne zwierzęta i dzielą z nimi dom (ci dodadzą zapewne, że kot jest niezależnym, skrajnym indywidualistą, z własnego wyboru adoptującym człowieka, i że właśnie za to go kochają).

Kot chodzi własnymi drogami – skąd to się wzięło?

To schemat, myślowa kalka, to po prostu oczywiste… Wiadomo, jak opinia – że jakoby kot chodzi własnymi drogami – powstała. Wyjątkowo „przysłużył się” kotom Kippling – któż z nas nie czytał w dzieciństwie „Takich sobie bajeczek”. Kippling zdecydowanie musiał nie lubić kotów, skoro uczynił z kota bohatera negatywnego: niezależnego aż do arogancji i zdecydowanie egoistycznego. „Kot chodzi zawsze własnymi drogami” w dzieciństwie zapadł nam w pamięć i to nawet jeżeli już wtedy kochaliśmy te zwierzęta.

Zresztą, jeśli w domu naszego dzieciństwa był kot, niejednokrotnie z nieskończoną cierpliwością znoszący nasze zabawy, zaczepki i często nieprzyjemne „pieszczoty”, to był to często kot wychodzący. Przymilny, ale niezależny członek rodziny, prowadzący jednak obok nas jakieś tajemnicze, niedostępne nocne życie, na które wymykał się wieczorami… Na dodatek z książek, a obecnie z bardzo popularnych telewizyjnych programów przyrodniczych wiemy, że jego więksi kuzyni, tygrysy, lamparty i inne duże koty (z wyjątkiem lwów) to zdecydowani samotnicy, kontrolujący swoje łowieckie terytorium i łączący się w pary jedynie na chwilę, w celu prokreacji, ale już niekoniecznie wspólnego wychowywania młodych. Piękny, doskonale udokumentowany schemat. Tylko czy aby na pewno prawdziwy?

koty
fot. Shutterstock

Sabat

Czy rzeczywiście kot chodzi własnymi drogami i jest samotnikiem, mieszkającym z nami jedynie dla własnej wygody? Spróbujmy to sprawdzić. Tak w naukach przyrodniczych, jak i w życiu, wiele się możemy dowiedzieć poprzez zwyczajną, uważną obserwację.

Obserwację zacznijmy od najbliższego piwnicznego okienka, przez które wychodzą koty. Szczególnie na wiosnę, kiedy robi się ciepło, można zobaczyć duże grupki tych zwierząt, wspólnie grzejących się w promieniach słońca i najwidoczniej wyraźnie zadowolonych ze swego sąsiedztwa.

W starych miastach, gdzie jest dużo ulicznych kotów, np. w Rzymie czy Istambule, często, szczególnie w zimniejsze dni, można zobaczyć wielką kulę kocich ciał, grzejących się nawzajem dorosłych kotów. Mało kto zresztą wie, że wymykający się wieczorem z domu wychodzący kot nie zawsze wybiera się na nocne polowanie albo na poszukiwanie partnerki/partnera, ale na „koci sabat” – zebranie okolicznych kotów mające najwyraźniej funkcję wyłącznie towarzyską.

Te „kocie sabaty” to w ogóle bardzo tajemnicza historia, bo nikt z ludzi zajmujących się kotami nie wie, jakiemu praktycznemu celowi naprawdę służą. Po prostu okoliczne koty czasami, z reguły wieczorem, zbierają się w grupy, w których nic szczególnego się nie dzieje. Nie odbywają się tam żadne walki o dominację. Nie odbywają się też zaloty. Po prostu koty siedzą razem, co pewien czas któryś z nich wstaje, paraduje przed całym zgromadzeniem i z powrotem siada.

Po pewnym czasie robi to inny kot. I tak dalej. W końcu całe zebranie powoli się rozchodzi. Nikt nie wie, czemu naprawdę służyło. Najwidoczniej było celem samym w sobie. Trochę dziwne, jak na grupę zdeklarowanych samotników, nieprawdaż?

Jak bracia

Następne obserwacje dotyczące rzekomego „samotnictwa” kota możemy poczynić, jeżeli mamy w domu więcej niż jednego mruczka. Na początku, jeżeli do domu, w którym już jest kot, przybywa nowy, zasiedziały „rezydent” najczęściej odnosi się do niego wrogo. Sycząc, daje do zrozumienia, że jest to jego terytorium i usiłuje nowo przybyłego kociaka przepędzić lub przynajmniej zdominować. Bywa też czasem bardzo zazdrosny o względy opiekuna i potrafi się na nas ciężko obrazić, jednoznacznie dając nam do zrozumienia (o, a koty doskonale to potrafią), że czuje się odrzucony lub zaniedbywany.

Szczególnie jeżeli poświęcamy nowemu kociakowi – co zresztą naturalne – proporcjonalnie więcej uwagi. Po pewnym czasie jednak – co prawda niekiedy dość długim – koty często zaprzyjaźniają się ze sobą. Jeżeli bierzemy do domu od razu dwa koty, dzieje się to o wiele szybciej.

Koty, nawet dorosłe, bawią się ze sobą, sypiają przytulone do siebie, liżą się nawzajem. Korzystają z tej samej kuwety i nie są zazdrosne o miskę. Kot zresztą potrafi się zaprzyjaźnić z przebywającym w tym samym domu psem. Nie są to żelazne reguły, zdarzają się wyjątki, ale dzieje się tak całkiem często. Od czasu do czasu zdarza się też, że kocur bierze udział w opiece nad kociakami, a nawet przejmuje ją całkowicie (z wyjątkiem, oczywiście, karmienia).

Podobno bywa tak i u piwnicznych kotów. Ma to miejsce, jeżeli matka zginie lub nie opiekuje się kociętami. A przecież normalnie u kotowatych samiec nie bierze udziału w wychowaniu potomstwa, nawet poprzez przynoszenie rodzinie pożywienia – kotki polują same, pozostawiając młode w ukryciu.

Podobno koty, mieszkające pod wspólnym dachem i traktujące terytorium domu czy ogrodu jako wspólne, potrafią współpracować i solidarnie przeciwstawić się obcemu, z reguły kociemu, intruzowi.

kot spaceruje
fot. Shutterstock

Kot chodzi własnymi drogami? Niekoniecznie

Te same reguły, jak w relacji z przedstawicielami swojego własnego gatunku, koty stosują i do nas. Zresztą w ogóle nasze bliższe relacje ze zwierzętami oparte są na przeniesieniu na nas ich własnych wrodzonych zachowań.

Tak więc pies widzi w nas przywódcę stada, któremu powinien się lojalnie podporządkować, kot – członka własnej, zaprzyjaźnionej grupy. Tylko żeby nie wyobraził sobie, że to on jest dominantem w tej grupie – wejdzie nam wtedy na głowę i nie będzie wcale respektował żadnych zakazów! A te są przecież konieczne i kot, wbrew pozorom, zwykle doskonale je rozumie.

Kot na ogół bardzo lubi do nas przychodzić, spać przytulony, być głaskany i drapany. Ale nie tylko. Przeważnie, jeżeli jesteśmy w domu, lubi być w tym samym pokoju, w zasięgu wzroku, chociaż ani nie prosi o jedzenie, ani nie oczekuje pieszczoty. Często też radośnie wita nas po powrocie do domu. Po prostu lubi z nami przebywać. Czy jest w tym egoistyczny? Zapewne, ale też nie bardziej niż my – przecież bierzemy kota do domu dla samej przyjemności przebywania z nim.

Czy zwierzę potrafi „knuć”?

Czy więc czymkolwiek różnimy się w naszych zachowaniach? Z pewnością kot nie jest w tym, co robi, „wyrachowany”, o co ludzie często te zwierzęta oskarżają. Kot, chociaż jest zwierzęciem naprawdę inteligentnym, nie jest zdolny do planowania strategicznego, a co za tym idzie, do snucia dalekosiężnych intryg i kłamstw.

Tego nie potrafią nawet hominidy. Szympans, którego jesteśmy nieomalże podgatunkiem, (cóż znaczy 2% różnicy w genomie!), potrafi wykonać narzędzie, aby się nim później posłużyć, można go też nauczyć posługiwania się ogniem. Ale nikomu nie udało się nauczyć szympansa podtrzymywania ognia. A to przecież nasz najbliższy krewny. Co dopiero kot!

Po prostu zwierzęta nie mogą myśleć symbolicznie, bo nie mają werbalnego języka. A to uniemożliwia tworzenie skomplikowanych, abstrakcyjnych struktur. Dlatego też nie mogą intrygować i kłamać. Dlatego są lepsze od ludzi…

Jak chce, to potrafi!

Tak więc kot nie chodzi własnymi drogami i nie jest interesownym samotnikiem, ale towarzyską istotą o złożonych emocjach i zachowaniach społecznych. Ale przy tym wszystkim nie jest zwierzęciem stadnym w takim znaczeniu, jak psowate lub małpy. Kot najprawdopodobniej rozumie za to takie pojęcie jak przyjaźń (którą usiłuje z nami nawiązać). To rzadkość wśród zwierząt.

Podobne zachowania występują jeszcze u jego kuzyna – geparda. To również zwierzęta bardzo towarzyskie, ale nie stadne. Ale kot, chociaż doskonale wie, co oznacza dominacja, jest skrajnym indywidualistą i chyba nie jest w stanie pojąć samej istoty pojęcia przywództwa.

Po prostu umysłowo i emocjonalnie „nie ma czym” tego zrobić, nie uznaje żadnych autorytetów. Dlatego też, a może nie tylko dlatego, kot niechętnie poddaje się tresurze.

Nawet w filmach rzadko widzi się szkolone koty. Mruczki nie współpracują dlatego, że nie starcza im inteligencji, ale dlatego, że nie chcą. Trudno uwierzyć, że zwierzę, które metodą prób i błędów, ale też często i obserwacji potrafi między innymi nauczyć się otwierać drzwi (i nie tylko z naszej europejskiej klamki, ale też z amerykańskiej, okrągłej, którą trzeba przekręcić), odkręcać kran, aby napić się wody, czy też nauczyć się załatwiania na naszym normalnym, ludzkim sedesie, tak opornie uczy się nawet prostych sztuczek.

Po prostu nie robi tego nie dlatego, że nie umie, ale dlatego, że nie chce.

Obrażalski przyjaciel

To, że kota nie można wyszkolić używając kar, jest ostatecznie zrozumiałe. Ukarany kot – a któż z nas tego nie widział – po prostu najczęściej się obraża i to niejednokrotnie na długo. Ale o wiele mniej jest zrozumiałe, że kot jest oporny na nawet najatrakcyjniejsze nagrody. Kota oczywiście da się nauczyć nawet bardzo skomplikowanych sztuczek, jeżeli będą go one bawiły. Ale jak przekazać kotu, czego od niego oczekujemy? Niewielu się to udaje – do tego trzeba naprawdę tęgiego „zaklinacza kotów”.

Nasz indywidualista i egocentryk nie jest jednak egoistą. Nawet jeżeli nas osobiście to nie spotkało, to na pewno słyszeliśmy o „kocich prezentach”. Zdarza się, że kot dumnie przynosi nam rano prezent na poduszkę. Z reguły jest to uduszona mysz! Powinniśmy docenić tak altruistyczny gest. Kot z własnej i nieprzymuszonej woli podzielił się z nami swoim obiadem! A dla drapieżnika to nie byle co. Powinniśmy stanąć na wysokości zadania i na oczach kota z wdzięcznością zjeść ofiarowany prezent… Ale którego nawet największego „kocioluba” stać na takie poświęcenie? Koty jednak są zdecydowanie bardziej altruistyczne od nas.

Nie da się więc zrobić z kota sługi ani niewolnika. Można się tylko cieszyć jego inteligencją, niezależnością (czy jak kto woli, nie do końca słusznym powiedzeniem „kot chodzi własnymi drogami”) i bezinteresowną, nieco dumną przyjaźnią.

 Autor: Maria Dobrowolska