Koty w naszym domu


Czyli od miłości do kotów długa droga do powstania hodowli. Historia kilku wielkich kocich zakochań - kiedyś i dziś...

W domu rodzinnym nie miałam kotów. Mieszkaliśmy z rodzicami w dwóch pokoikach, w sumie 32m2 zajmowały 4 osoby i pies. W Nieszawie, u cioci Ani był kocur. Maciuś, pręgowany buranio. Jakim cudem był on wykastrowany, bo były to lata 60, nie wiem, ale Maciuś dorósł do monstrualnych rozmiarów i to była moja pierwsza kocia miłość. Drugie zauroczenie kotem trafiło mnie jak grom z jasnego nieba we Włocławku. Spojrzało na mnie błękitnymi oczami maleńkie syjamskie, kocie dziecko.. Zakochałam się w ułamku sekundy w maluchach i ich mamie Geguni, utonęłam w niebieskich jeziorkach oczu, a kawowe futerko było mi najdroższe na świecie. Cóż, mogłam tylko marzyć o takim rasowym kocie! Obiecywałam sobie jednak, że kiedyś będę miała własne koty.

I stało się! Byłam na swoim w innym mieście, ale z kociolubnym mężem.. Pierwsze dwa kocięta wzięliśmy z jednego miotu, chłopca i dziewczynkę. Były to śliczne pręguski Amfisa i Alosza. Alosza wybrał sobie jednak dom u weta, naszego przyjaciela mieszkającego piętro wyżej.

Odwiedzał nas jednak codziennie, przychodząc na przekąskę i pospać w ulubionym fotelu. Oba te koty były kotami wychodzącymi. Wychodziły wieczorem, wracały rano. (Teraz wiem, że byliśmy mało odpowiedzialnym domem, ale wtedy nawet nie wiedziałam, że robię źle, ale i czasy były inne! Na naszym podwórzu w latach 70 był tylko jeden prywatny samochód i jeden motorower! W Łodzi były trzy lecznice!).

Amfisa nie była wysterylizowana, więc obdarzyła nas kocimi dziećmi jakoś na wiosnę. W miocie były trzy kocięta, ale zanim dorosły, ilość maluchów wzrosła, bo przygarnęliśmy z Erykiem kocięta, które pojawiły się na naszym podwórzu, jak nam się wydawało, znikąd. Jak to się stało, że żadne z tych kociaków nie chorowało, nie miało kociego kataru, nie miało biegunki pozostaje dla mnie tajemnicą! Wszystkie zamieszkały we własnych domkach, może wtedy łatwiej było szukać nowych właścicieli? Nawet nie przeszło mi przez myśl, że jesteśmy domem tymczasowym!

Przyjaciel wet, wysterylizował Amfisę, ale nasz stan posiadania kotów zwiększył się jednak bo przygarnęliśmy dorosłą „króweczkę” Kopę. Kopa i moja córeczką Monika żyły w idealnej symbiozie. Razem spały, razem jadły. Kopa miała siódmy zmysł. Ilekroć dziecko miało zachorować, Kopa przyklejała się do małej i nie opuszczała jej nawet na chwilę do końca choroby.

Były też inne koty, ale pomieszkiwały z nami tylko do chwili znalezienia im odpowiedzialnych właścicieli. Kopa starzała się, a Monika dorastała. Kopa odeszła za Tęczowy Most w wieku ok. 16 lat. Płakaliśmy bardzo, wydawało się, że nigdy już nie będziemy mieli kota.

Jednak miłość do kotów pozostała. Któregoś dnia Monika z domu swojego chłopaka przyniosła czarną małą kociczkę-Mówkę. Mówkę dlatego, że małej pyszczek się nie zamykał, gadała i gadała, opowiadała bajki patrząc w oczy i wyginając chudy grzbiecik w pałączek. Zaraz po niej adoptowany został rudy Ryś. Obje żyli zgodnie i bardzo przyjacielsko przyjęli następną maluszkę, Bułeczkę. Podzieliliśmy się kotami. Mówka była Eryka, Ryś mój, a Bułeczka wielką nową kocią miłością Moniki. Szczęście jak zwykle chodzi krętymi drogami. Ryś został wykastrowany, ale okazał się być wnętrem. Wtedy nie robiło się USG, a szkoda, bo być może żyłby do dzisiaj. Odszedł za TM w wieku 10 lat po długiej chorobie…

Bułeczka była z nami przez rok. Zaczęła tyć i dziwnie się zachowywać. Zaczęły się wędrówki do lecznic.

Było źle, a właściwie tragicznie. Gdyby któryś z kolei wetów zlecił dodatkowe badania i gdyby zdiagnozował poprawnie, można byłoby ją uratować. Bułeczka odeszła od nas niespodziewanie na niezdiagnozowane ropomacicze…

Tak to nasza niewiedza o konieczności kastracji/sterylizacji sprowadziła nieszczęście na naszą maleńką iskierkę. Gdyby została wcześniej wysterylizowana, żyłaby do dzisiaj.

Rozpaczałyśmy, ale musiałyśmy natychmiast ogrzać serce nową istotą, móc wtulić się w cieplutkie futerko i wypłakać resztę łez. Otworzyłyśmy gazetę i zadzwoniłyśmy do pierwszej osoby ofiarującej kocięta na sprzedaż. I tak w naszym domu pojawiła się Maszeczka.

Maleńka dziewczynka okazała się być szylkretką, miała całe trzy miesiące, trochę dłuższe futerko, chmurne spojrzenie i do kompletu rodowód! Na pierwszy rzut oka niczym nie różniła się od wszystkich kociąt, jakie przewinęły się przez nasz dom. Śmiałam się, że z przodu idzie rasa, z tyłu idzie rasa, a w środku jest zwykły kot. Ale Maszeczka rosła , z każdym dniem piękniała, aż przyszedł dzień, kiedy musiałam przyznać, że Maszka jest całym pysiem kotką syberyjską.

Jak długo Maszeczka była mała, nie przeszło nam nawet przez myśl, aby bywać z nią na wystawach. Im była starsza i ładniejsza, rodowód leżący w szufladzie kusił, aby zobaczyć jak to wygląda, spróbować i pokazać światu naszą kochaną piękność!

Pierwsza wystawa była stresem bardziej dla nas niż dla kotki. My zupełnie zagubieni, zieloni jako wystawcy. Przetrwaliśmy tylko dzięki pomocy i życzliwości innych wystawców.

A ja zostałam trafiona w samo serce! Znowu niespodziewanie, z zaskoczenia, bez uprzedzenia! Z sąsiedniej klatki wpatrywały się we mnie przepiękne niebieskie oczy nevy masquerade… Tym razem pozwoliłam sobie utonąć w tych błękitnych jeziorkach i naszym domownikiem została nevka, moja wielka, największa kocia miłość i spełnienie marzeń z dziecięctwa, Szurka!!!!!

Połknęliśmy wystawowego bakcyla i prawdopodobnie wtedy, być może jeszcze podświadomie, zaczęła się rodzić myśl o posiadaniu hodowli.

Ewa Strażyc – hodowla kotów syberyjskich i neva masquerade Słońce Sajan*PL