Umierające koty w schronisku w Dyminach


O schronisku w Dyminach bywało już głośno. Teraz dotarła kolejna alarmująca wiadomość. Przez kilka dni ranne i chore koty były pozbawione opieki weterynaryjnej. Wolontariuszka zabrała je do lekarza, ale na ratunek było już za późno.

O schronisku w Dyminach bywało już głośno. Teraz dotarła kolejna alarmująca wiadomość.
Przez kilka dni ranne i chore koty były pozbawione opieki weterynaryjnej. Wolontariuszka zabrała je do lekarza, ale na ratunek było już za późno
W niedzielę 28 lipca wolontariuszka pomagająca głównie w weekendy przypadkiem odkryła kota ze złamaną czaszką, który nie był w stanie się ruszyć. W innym miejscu był kot po operacji miednicy. Obok leżała miska z wodą i karmą, ale też nie był w stanie się ruszyć – mówi pani Ewa.

Wolontariuszka interweniowała u pracownicy schroniska. Ta z kolei zatelefonowała prawdopodobnie do weterynarza, który poradził, aby jednego z kotów zawinąć w koc, ponieważ może być wyziębiony. Kiedy to nie pomogło, pani Ewa zawiozła cierpiące zwierzęta do jednego z gabinetów weterynaryjnych. – I tu dowiedziałam się, że wszystkie koty są w stanie agonalnym i konieczna jest eutanazja – mówi. Dodaje, że dyżurujący lekarz zasugerował, że nie były wcześniej leczone. Kiedy niedługo po tym zdarzeniu przyszła do schroniska, jego kierownik  zagroził, że poda ją do sądu za zabranie zwierząt do weterynarza. – Ale nie wystraszyłam się. Uważam, że należała im się pomoc – podkreśla.


Więcej: kielce.gazeta.pl