Z cyklu opowieści nie wyssane z pazurka – o Filemonie, najbardziej kochanej kotce pod słońcem, której nagle zawalił się świat


Nie było to ani dawno, dawno temu, ani też za siedmioma lasami, rzekami a górami to już w ogóle. Wydarzyło się to i wydarza co chwilę na wielu osiedlach w Polsce, także i na Twoim. Może nawet w klatce obok albo za sąsiednimi drzwiami.

Nie było to ani dawno, dawno temu, ani też za siedmioma lasami, rzekami a górami to już w ogóle. Wydarzyło się to i wydarza co chwilę na wielu osiedlach w Polsce, także i na Twoim. Może nawet w klatce obok albo za sąsiednimi drzwiami. Zmieniają się tylko imiona ludzi i kolory kocich futerek…
 

Pani Apolonia niewątpliwie była damą. Nigdy nie wychodziła na ulice bez kapelusza na głowie i torebki w ręku. Nigdy też nie zapominała pomalować sobie ust. Jej mieszkanie na drugim piętrze spółdzielczego bloku, gdzie jeszcze do niedawna zamieszkiwała ze swoim mężem, urządzone było elegancko i z klasą. Pani Apolonia nigdy nie pracowała, bo jej mąż na dyrektorskim stołku zarabiał wystarczająco by utrzymać ją i dzieci. Żyło im się więc dobrze i w dostatku. Dzieci kochali ponad życie i mimo, że byli wymagającymi rodzicami, rozpieszczali pociechy i nigdy im niczego nie żałowali. Dzieci rosły, w końcu usamodzielniły się i pozakładały swoje rodziny. Pani Apolonia i jej mąż zostali w swoim mieszkanku sami, a że mąż wciąż pracował – pani Apolonia pomagała dzieciom przy wnukach.
 

Tak radośnie i w szczęściu mijały lata. Kiedy wnuki dorosły i poszły do szkoły obowiązków było coraz mniej i Pani Apolonia zaczęła się w domu nudzić. Mąż nadal oddawał się pracy zawodowej a kobiecie coraz bardziej się w domu nudziło. Czuła się samotna, długie godziny spędzała sama i nie miała się nawet do kogo odezwać. Czuła się z tym coraz gorzej. Któregoś dnia jej mąż wrócił z pracy z tajemniczym uśmiechem na ustach i wiklinowym koszykiem pod pachą. Kiedy tylko przekroczył próg mieszkania koszyk zaczął wydawać dziwne dźwięki i już za chwilę oczom pani Apolonii ukazał się piękny biało-czarny kociak. Radości nie było końca, kobieta była tak szczęśliwa – w końcu miała się kim zajmować, z kim rozmawiać, dla kogo żyć. Kocię okazało się być koteczką i otrzymało bardzo eleganckie imię Filemona.
 

Filemona wyrastała na piękną i dumną koteczkę. Była chlubą pani Apolonii – całe dnie spędzała na kolanach swojej pani. Kiedy zmarł mąż pani Apolonii i ta pogrążyła się w żałobie – Filemona robiła wszystko by ukoić ból swojej pani. I udawało jej się to. Przychodziła na kolana, ocierała się o nogi, mruczała i przytulała się do mokrej twarzy swojej opiekunki, kiedy ta leżała w łóżku. Kochały się bardzo mocno.
 

I tak starzały się razem – z wiekiem niedomagały razem. Filemona wygrzewała zbolałe kości Apolonii, a Apolonia wzywała lekarza weterynarii, kiedy Filemona czuła się gorzej.

Rzadko kto je odwiedzał, bo chociaż pani Apolonia miała dzieci, to rzadko miały one czas zachodzić do matki – wykręcając się pracą, wyjazdem i masą innych rzeczy. Dwaj wnukowie też rzadko wpadali. Adaś już dawno przestał być Adasiem i wyjechał do Berlina robić karierę w biznesie, a Marcelina wpadała do babci tylko wtedy, gdy z pielęgniarskiej pensji brakowało jej do 1-szego. Pani Apolonia jednak nie narzekała – nie nudziła się, bo była przy niej Filemona.

Był 23 grudnia 2011 roku. Nagle Apolonia poczuła się gorzej. Zadzwoniła do córki i właściwie tyle pamięta…

Potem był już tylko szpitalny korytarz, migające światła, zapach dezynfekcji i…

Filemona czekała na Apolonię już drugi dzień. Nigdy, przenigdy tak się nie zdarzyło, by Apolonia zostawiła ją samą na tak długo. Owszem, wychodziła na godzinkę, dwie, czasem na dłużej. Nigdy jednak nie pozostawała poza domem na noc. Nigdy też Filemona nie była głodna. Do teraz.

Z godziny na godzinę koteczka coraz bardziej się bała. Zupełnie nie rozumiała co się stało. Puste, zupełnie „nieswoje” mieszkanie. Bez krzątającej się Apolonii, dźwięków telewizora, pysznej kolacji i zapachu ziółek parzonych co rano. Teraz to wszystko skończyło się zupełnie niespodziewanie. Czyżby Apolonia wyprowadziła się i zapomniała o Filemonie?

Koteczka słabła z dnia na dzień. Z dnia na dzień tez traciła nadzieję, że Apolonia po nią wróci…
Nie wróciła. Dokładnie 30 grudnia za drzwiami usłyszała jakieś dziwne głosy. Potem drzwi zostały otwarte i do środka weszli zupełnie obcy ludzie i Marcelina, wnuczka pani Apolonii. Ci obcy śmierdzieli strachem. Przynieśli pudełko z kratką i zaczęli nawoływać po domu.
 

– musi tu gdzieś być – powiedziała Marcelina.
 

Filemona była zbyt słaba, by się ukrywać choć bardzo bała się obcych. W końcu ktoś dojrzał koteczkę na kanapie i siłą zapakował do pudełka z kratką.
 

Filemona była przerażona. Gdzie Apolonia? Dlaczego ją zostawiła? Dlaczego teraz za sprawa Marceliny obcy ludzie zabierają ja z własnego domu? Była jednak tak słaba, że nie miała siły walczyć, poddała się i wkrótce zasnęła.
 

Obudził ją koci krzyk wydobywający się z wielu kocich gardeł. „Ja, ja! Ja jestem głodny! Mnie daj pierwszemu! Tutaj, tutaj!” Otworzyła oczy i zobaczyła, że siedzi w metalowej szafce, obok niej stała kuweta, miseczki z karmą i wodą a wkoło pełno było takich jak ona. Kotów niczyich, kotów samotnych…
Zrozumiała wtedy, że Apolonia umarła a ona trafiła do kociego sierocińca, które czasem widywała w telewizji.
 

Mijały dni i tygodnie. Przychodzili ludzie, zachwycali się kocimi dziećmi, zabierali je i odchodzili. Czasem przyszedł ktoś, kto zabierał dorosłego kota. Filemona jednak miała już 16 lat. Była stara. Za stara. Często przewijało się słowo „adopcja” Filemona wiedziała, że szanse na adopcję mają zazwyczaj dzieci, młodzież, dorośli już rzadziej. Zrozumiała, że ona nie ma jej wcale. Ile dni zostało starej kotce? Kto weźmie do siebie taka jak ona? Przestała więc zawracać już uwagę na wchodzących i wychodzących ludzi, przestała zwracać uwagę na to co je i czy je w ogóle. Dużo spała wspominając Apolonię wspólnie spędzone z nią dni. Znikała. Fizycznie i psychicznie…
 

I koniec. Zniknęła… Większość takich historii tak się właśnie kończy. Jest rodzina, są spadkobiercy dla których liczy się tylko odziedziczenie po bliskich majątku. Kto zawracałby sobie głowę starą, wyleniałą kotką? Kto by myślał o tym, by zapewnić im – choćby tylko ze względu na szacunek do pamięci po zmarłych – opiekę, troskę i godną starość. Otoczyć troska tych, których kochali nasi bliscy. Pani Apolonii pękło by serce gdyby to zobaczyła. Tak mi żal – i pani Apolonii i Filemony, że mimo iż byłam świadkiem wielu takich tragicznych historii, ta tym razem skończy się inaczej. Na przekór. By pokazać, że los można odwrócić. Że trzeba go odwracać. Albo chociaż próbować. Z całych sił.
 

A więc Filemona dużo spała wspominając Apolonię wspólnie spędzone z nią dni. Znikała. Fizycznie i psychicznie… Była już leciutka jak piórko i czuła jak odchodzi z niej zycie, kiedy ktoś wyjął ją z kociej budki i wziął ją na ręce.
– Maleńka… Matko kochana… Nie poddawaj się, wyciągniemy Cię stąd, znaleziemy Ci dom, nie poddawaj się.
Kilka kropli łez spłynęło na kocie futerko i Filemona poczuła się zupełnie jak wtedy, gdy musiała pocieszać zrozpaczona po stracie męża Apolonię. Mimo, że była strasznie słaba – cichutko zaczęła mruczeć.
 

Drobna dziewczyna w okularach wyjęła z torby aparat i zaczęła robić Filemonie zdjęcia. Strasznie to było wstydliwe, bo koteczka wiedziała, że źle wygląda. Jednak uspakajający głos dziewczyny, dotyk jej rąk i łzy sprawiły, że pozwoliła by ta ją fotografowała. Potem znów ją porwała na ręce i strzykawką zaczęła wlewać do pyszczka cieplutki płyn o smaku kurczaka…
Filemona poczuła się silniejsza. Kiedy tylko zamykała oczy widziała drobną dziewczynę w okularach z załzawionymi oczami. Bardzo pragnęła by te oczy kiedyś rozjaśniły się i zaczęły uśmiechać, więc postanowiła zrobić wszystko by tak się stało. Zaczęła jeść, łykała jakieś podawane przez dziewczynę lekarstwa i z dnia na dzień wracały jej siły.
 

Dziewczyna przychodziła raz w tygodniu. Filemona czekała na ten dzień z niecierpliwością. Wiedziała, że Marta weźmie ją wtedy na kolana, pogłaszcze pod łebku, ucałuje i podrapie pod brodą zupełnie tak jak robiła to Apolonia.
 

Któregoś dnia, Marta przybiegła z taką radością w oczach jakiej Filemona nie widziała u niej jeszcze nigdy. Porwała ją w objęcia i prawie krzykiem oznajmiła, że dziś ktoś Filemonę odwiedzi. Bardzo to zdziwiło koteczkę, bo niby kto miał ją odwiedzić i skąd miał o niej wiedzieć? Ale zaraz wszystko stało się jasne… Okazało się bowiem, że te zdjęcia, które kiedyś robiła jej Marta zostały wstawione do jakiegoś Internetu. Że gdzieś tam, na jakimś kocim forum ktoś je zobaczył i tak patrząc sobie na te zdjęcia pokochał Filemonę i postanowił zabrać ja z kociego sierocińca i dać jej dom. Dom. Prawdziwy DOM. Na zawsze. I ten ktoś ma pojawić się tu dziś, zaraz, za chwilę!
 

Kiedy skrzypnęły drzwi do kociarni i w drzwiach stanęła pani w kapeluszu Filemona nie mogła powstrzymać łez. To jej Apolonia! Za nią jednak weszła dziewczyna z chłopakiem, która widząc Filemonę natychmiast porwała ją w ramiona i już nie puściła. Biła od niej taka dobroć i ciepło.
– zabieramy Cię do domu koteńko, już dobrze, nigdy nie pozwolimy Cię skrzywdzić. Maleńka…
Marta płakała ze szczęścia, Filemona nie mogła uwierzyć w to ci się dzieje i tylko kątem oka spostrzegła, jak Apolonia  z uśmiechem na twarzy posyła jej całusa i znika, szczęśliwa i beztroska.
 

***
 

Mija już czwarty rok i Filemona jest coraz słabsza. Już wie, że te święta spędzi wspólnie z Apolonią – po drugiej stronie tęczy. Teraz jednak ostatnie swoje tygodnie spędza na kolanach Dagmary i Marka, mrucząc dziękuję im, za to, że dali starej kotce szansę na godną starość, że pokochali, dali dom i miłość. Że dzięki nim i Apolonia mogła spokojnie odejść i teraz już czeka za Tęczowym Mostem na swoją ukochaną kotkę.
 

mag