Kocie brzuszki pełne jabłek


Jak pomagać kotom i mieć przy tym frajdę? Oto sposób pani Marii na życie.

Oczywiście samo pomaganie jest już radochą, ale nikt nie powiedział, że takie akcje nie mogą być świetną zabawą. Z wymierną korzyścią dla potrzebujących zwierzaków.

Pani Maria mieszka w Poznaniu. Uwielbia gotować i dzielić się swoją pasją z innymi. Jej blog przyciąga pięknymi zdjęciami, pełnymi humoru wpisami i pomysłami na przepyszne dania. Uwielbia też koty.

Ze zdumieniem i pewnego rodzaju niedowierzaniem przypominam sobie czasy, gdy nie lubiłam kotów. No, nawet nie tyle, że nie lubiłam, ot były to mi całkowicie obojętne istoty – widywałam je czasami u sąsiadów lub gdy przebiegały przez mój ogród pędząc dalej w nieznanym mi celu. Wydawało mi się, że koty chodzą własnymi drogami i ani one nie potrzebują człowieka, ani człowiek nie potrzebuje kota. Gdy więc kilka lat temu Mężczyzna z uporem namawiał mnie na przygarnięcie kota, postawiłam warunek – „Dobra, ale ty mu sprzątasz w kuwecie.”. A on na to – „Dobra, ale bierzemy dwa.” I tak oto w naszym życiu pojawił się Pumpkin i Vinnie.

W dniu, w którym te dwie włochate kulki przekroczyły próg naszego domu, zmieniło się wszystko. I mam tu na myśli nie tylko fakt, że kubki spadają nam ze stołów trochę częściej, czy że od tamtej pory szczerze zaprzyjaźniłam się z rolką do czyszczenia ubrań. Po pierwsze obwieściłam mężczyźnie, że to są MOJE koty i nikomu, za żadne skarby świata ich nie oddam i nie pozwolę skrzywdzić. A po drugie przekonałam się, że wbrew temu co sądziłam wcześniej, człowiek bardzo kota potrzebuje. Bo taki kot proszę Państwa to na przykład robi bardzo zabawne rzeczy i notorycznie człowiekowi poprawia humor.

No więc tak sobie tkwiłam przez lata w tej miłości do moich kotów i świata poza nimi nie widziałam, aż WTEM! nastąpiła przeprowadzka do nowego domu. A wraz z domem pojawiły się okoliczne koty-przybłędy. To było trochę tak, jakby mi ktoś przysolił obuchem w łeb na tyle mocno, że mi się jakieś zwoje mózgowe odblokowały, oczy otworzyły szerzej i dotarło do mnie, że kot jednak też potrzebuje człowieka.

Dokarmiałam. Poiłam. Łapałam i woziłam do weterynarza. Dla dwóch znalazłam kochające domy stałe, dla jednego tymczasowy. Dla reszty zbudowałam domek ze styropianowego pudła, gdyby potrzebowały schronienia na zimę. Ale to wciąż za mało. Doszłam więc do wniosku, że muszę zrobić to, co umiem najlepiej – wejść do kuchni.

Zwróciła się do Fundacji Koci Pazur, która robi ogromnie dużo dla kotów w jej okolicy. Dostała błogosławieństwo i – ruszyła #kuchniazpazurem.

Na blogu pojawił się nowy wpis.

Na co dzień bloguję bezinteresownie. To znaczy jasne, wasze lajki i komcie są turbo miłe i zachęcają mnie do dalszej pracy, ale z reguły nie wymagam od Was hymnów na moją cześć, listów miłosnych, ani datków na poczet rozwoju bloga. Ogólnie rzecz biorąc dzielę się z Wami przepisami, bo lubię i sprawia mi to radość. Ale tym razem, wyjątkowo, proszę Was – z głębi mojego małego gruszkowego serduszka – otwórzcie serca i portfele, bo setki małych, futrzastych brzuszków liczy na Waszą pomoc.

Umowa jest taka: Ja będę dzielić się z wami bardzo fajnym kocim contentem w postaci wpisów równie słodkich co Charlie Hunnam oblany miodem. Będzie uroczo, puchacie i milusio i w dodatku o jedzeniu, a Wy w zamian za każdy wpis przelejecie CHOĆBY ZŁOTÓWKĘ na rzecz fundacji Koci Pazur.

Bo taka złotówka ma moc. Żeby długo nie mówić, posłużymy się obrazkiem zapożyczonym z bloga:


Jako pierwszy w serii pojawił się PRZEPIS na drożdżowe kotki z jabłuszkami w brzuszku.

Wyglądają smakowicie, nieprawdaż?

Akcja trwa. Pani Maria zachęca do dzielenia przepisami na pyszne przekąski z kocim motywem – na fanpage lub blogu (Zdjęcia można wrzucać do mediów społecznościowych z hashtagiem #kuchniazpazurem – tak będzie nam łatwiej je znaleźć w sieci). Lub bezpośrednim wspieraniem Fundacji Koci Pazur.

Dla nas to kolejny dowód na to, że koty łączą ludzi.
A to w obecnych zwariowanych i niespokojnych czasach rzecz bezcenna.