Ki diabeł MCO?

Maine to stan w USA, coon to gwarowa nazwa szopa pracza. Skąd tu kot?

Zawsze w rodzinie były psy. Marzyłam od dziecka o psie, jednak ze względu na opór rodziców dopiero jak „poszłam na swoje” to marzenie się spełniło. 5 lat był z nami „owczarek niemiecki”, jednak po śmierci mojego Ojca musiałam podjąć trudną decyzję. Pies kochał Ojca całym sercem, po jego odejściu cierpiał strasznie zostawiany na długie godziny sam w domu. Potrzebował towarzystwa, zajęcia, by nie wpaść w depresję. Oddałam go do dobrego domu, do towarzystwa ma sukę, oboje pilnowali dużego terenu.

Nastała pustka w moim domu…

Brak nosa wpychającego się w dłoń lub w czeluści kołdry by zachęcić mnie do wstania. Brak uważnego słuchacza, towarzysza częstych samotnych godzin w domu. Jednak rozsądek mówił „nie, drugi pies będzie cierpiał sam tyle godzin w domu, kiedy ty pracujesz…”.

Ale ta pustka…

Będąc przed laty w Stanach spotkaliśmy się u znajomej z kotem, jakiego nie widzieliśmy dotąd: dość puchaty, z ogonem jak strusie pióro, gadatliwy, towarzyski. Zapytana o rasę, znajoma nie wiedziała, bo kotka się do niej przybłąkała. W jakimś zwiedzanym sklepie ze zwierzętami na sprzedaż siedział w klatce taki sam kot, wywieszka głosiła „Cat Maine Coon”.

Ki diabeł ten „Maine Coon”? Maine to stan w USA, coon to gwarowa nazwa szopa praca. Skąd tu kot?

Ale ziarenko zostało zasiane.

To ziarenko długo leżało nie wypuszczając pędów, aż do czasu gdy nastała pustka po psie. Ziarenko ocknęło się z uśpienia, nieśmiało zaczęło wypuszczać korzonki… Podlewane starannie przez męża, który w dzieciństwie zawsze był w otoczeniu jakiś kotów. I zaczęło sie szukanie odpowiedzi na pytanie postawione powyżej. No, właśnie, co to jest?

Czasopisma, książki, pokazy i wystawy kocie… (internet był wówczas w powijakach).

Ten „ki diabeł MCO?” okazał się najbliższy w charakterze do psa (o kotach wówczas wiedziałam tyle ile przeciętny bezkoci człowiek). No i ta uroda… I ta prezencja… I ten temperament… Taaak… to jest TO!

Z tą decyzją i twardym postanowieniem wybraliśmy się na warszawską wystawę kotów na Warszawiankę. Był rok pański 2001, połowa października.

Sporo kociaków tej rasy. Chodzimy więc od klatki do klatki ale jakoś nic nie pika w sercu na ich widok. W rzędzie pod oknem (pamiętam do dziś!) na zawieszonym w klatce hamaczku spało sobie słodko jakieś takie puchate stworzonko. Czarne ze śladami jaśniejszego koloru, z oczami obramowanymi na kremowo i kremowym pysiem. Coś przyciągnęło moją uwagę… Coś kazało mi zatrzymać się dłużej przy tej klatce. „Chodź, obejrzymy jeszcze resztę kociaków” stwierdził mąż. Obeszliśmy wystawę parę razy wokół, ale zawsze wracaliśmy do tego samego puchatka.

Namysł, spojrzenie na siebie… decyzja… kupujemy!

Następnego dnia Bajra Koci Szarm*PL zawitała do naszego domu.

maine coon
Bajra / fot. Dorota Muszyńska

Nastała Kocia Era. Era „ki diabeł MCO?”

Kocia Era…

Kotek pierwsze dni spędził pod kredensem, wychodząc ostrożnie i zwiedzając mieszkanie. Patrząc teraz na 6.5 kg potęgi Bajrzynej nie mogę się nadziwić, że toto mieściło się w szparze na 4 palce. Ale nastały dni gdy malucha porzuciła schowanie na dobre i zaczęła próbować, na co też jej pozwolę w domowych szaleństwach. Kwiatki? Wykopać? Zrzucić? Mogęęęę? Cóż, kwiatki też lubię więc przy pierwszej takiej próbie nie myśląc zupełnie co też robię rzuciłam odruchowo „psi” rozkaz: Bajra, NIE!” No i tu był szok mojego życia… Stworzonko zawahało się nad dalszą dewastacją roślinek, popatrzyło na mnie… „Bajra, NIE!” – padło ponownie. I Bajra mamrocząc pod wąsem „no, dobra, dobra, o co tyle krzyku” porzuciła zakazaną czynność pozostawiając mnie ze szczęka na podłodze.

Tyle się naczytałam, że kota nie da się wychować, że to nie pies, żadne zakazy nie skutkują…

No, to zachęcona pierwszym sukcesem zaczęłam wdrażać „psie” metody szkolenia: zakazy głosem (gazeta była ostatecznością), pułapki itd. Kotecek okazał się być pojętnym uczniem…

Jednak to wszystko musiało być stosowane bardzo ostrożnie, Bajra była dość płochliwa. Jaką radością było kiedy pierwszy raz ułożyła mi się na piersiach! Kiedy przyszła do łóżka i ułożyła się na poduszkach! (Teraz to nieraz tego żałuję, gdy masa futra spycha mnie w nocy z jaśków, wpycha mi futro do ust, dławi ogonem ułożonym w poprzek twarzy) Przeżyłam też niemal zawał, gdy przebudziłam sie w nocy i pogłaskałam koteczkę. Nie wyczułam oddechu! Ruszam za łapkę… Opada bezwładnie! Podnoszę główkę… Leci do tyłu… AAAAA!!!! Z sercem na krawędzi zawału chwytam kociaka na ręce, zaczynam masować… otwierają się zaspane ślepka: „no, o sssooo chooodziii, nieee buuudź…”

Kociak rósł, nabierał zaufania i pewności siebie, szaleństwa domowe były na porządku dziennym. Jeździł z nami wszędzie – na działkę, na urlop do znajomych w Białowieży. Tam gdzie my byliśmy, kotka czuła sie bezpiecznie i pewnie. Zostawiona na przechowanie u znajomych nie jadła, chowała się po kątach… Kot z psim charakterem… Chcieliśmy to mamy.
Bajra jest kotką „rytualistką”, każda czynność z nią związana musi podlegać stałemu, niezmiennemu rytuałowi. Czesanie – tylko na kanapie, tylko przy akompaniamencie burkotu, z „ucieczką”, gdy Bajra zeskakuje z kanapy, „ucieka” dwa kroki, staje i czeka „no, łap mnie, na co czekasz, przecież uciekłam ci”. Łapię i dalej się czeszemy.
I tak z wieloma rzeczami. Zakłócenie rytuału, to wielkie niezadowolenie, fuknięcie, rzut ogonem w zniecierpliwieniu.
Moje ukochane, „puszyste” futro, moja Bajra. Nauczyła mnie wiele na temat kociej psychiki, kociej mowy (jest bardzo komunikatywna), kocich zwyczajów, pielęgnacji i opieki.

Pierwszy „ki diabeł MCO” w moim domu.

Po prostu: Bajra

 

Maria Dobrowolska, hodowla Grey Shadow*PL