Kot wyrzucony, dziecko w depresji, mama „nie pomyślałam”


To jest historia o tym jak dorośli bywają nieodpowiedzialni i jaką cenę płacą za to dzieci. To jest także opowieść o tym jak wielka może być miłość do zwierzęcia.

To jest historia o tym jak dorośli bywają nieodpowiedzialni i jaką cenę płacą za to dzieci. To jest także opowieść o tym jak wielka może być miłość do zwierzęcia.

Matka, 10-letniej Kasi:

– Kizia trafiła do nas przypadkiem. Mąż zobaczył ją koło klatki schodowej. Była wtedy maleńkim kociakiem, którego ktoś wyrzucił. Przyszedł do domu i opowiedział o tym córce. Kasia bardzo kocha zwierzęta, przekonała nas żebyśmy wzięli tego kociaka do domu. Na początku było wszystko w porządku. Kizia rosła, spała razem z psem w kojcu. Kasia ją pielęgnowała, pieściła. Kochała ją. Problemy zaczęły się, gdy Kizia zaczęła dorastać i mimo, że miała kuwetę, sikała w mieszkaniu. Znaczyła wszystko: ciuchy, meble, podłogi. Dla mnie to było straszne, bo jestem pedantką, nie znoszę brudu i bałaganu. A nasze mieszkanie śmierdziało. Próbowaliśmy różnych sposobów, nie pomagało. Rozmawiałam z weterynarzem, powiedział, że nawet sterylizacja nie zawsze jest skuteczna. Powiedziałam Kasi, że musi wyprowadzić Kizię na pole. Że będzie ją tam dokarmiać. I tak się stało. Czasami przychodziła z Kasią do domu, wtedy znów spała w kojcu z psem. Ale po kilku dniach znów w domu śmierdziało. I wtedy musiała wrócić na pole. Tak, wiedziałam, że Kizia jest ślepa. Miałam trochę wyrzutów sumienia, ale wtedy bardziej przeszkadzał mi brud w domu. Kasia bardzo przeżywała to co się stało, zamknęła się w sobie.

Halina Derwisz, szefowa Rzeszowskiego Stowarzyszenia Ochrony Zwierząt:

– We wrześniu dostaliśmy sygnał z jednego z rzeszowskich osiedli, że między blokami błąka się ślepy kot. Mój mąż, jako przedstawiciel stowarzyszenia, pojechał tam. Rzeczywiście, znalazł kotkę. W pewnym momencie na jeden z balkonów wyszła dziewczynka i zaczęła wołać tę kotkę po imieniu. Mąż poszedł do mieszkania, drzwi otworzyła babcia. Powiedział jej, że odpowiadają za to zwierzę, że nie mogą go sobie ot tak, wyrzucić z domu. Wydawało nam się, że ta rozmowa wystarczy, że kot wróci do domu. Kilka dni później dostaliśmy kolejne zgłoszenie, że w na tamtym osiedlu błąka się bezpański chory kot. Pani, która to zgłaszała bardzo się spieszyła i nie czekając na nas zawiozła kota do weterynarza. Mąż pojechał od razu do lecznicy. Rozpoznał kotkę, więc pojechał do właścicieli. Tym razem drzwi otworzyła mama dziewczynki. Niestety, rozmowa nie przebiegła tak spokojnie jak kilka dni wcześniej. Mówiąc wprost: na klatce schodowej wywiązała się awantura. Pani twierdziła, że kota nie weźmie, że nie będzie trzymała "śmierdziela" w domu. Mąż poprosił o interwencję straż miejską. Czekał na nich przed blokiem, a że był potrzebny w innym miejscu, w końcu odjechał.

Kot z lecznicy trafił do naszego schroniska.

Więcej… http://rzeszow.gazeta.pl/rzeszow/1,34975,10844834,Wyrzucony_kot_10_latka_w_depresji__Mama__Nie_pomyslalam.html#ixzz1h0w2oVYB