Koty Powstania Warszawskiego


Podróż w przeszłość śladami pewnego zdjęcia...

Co z kotami podczas Powstania Warszawskiego? Były. Jednego z nich uwiecznił fotograf i olimpijczyk Eugeniusz Lokajski – na zdjęciu z początku września 1944 roku jest on sam i kot. Jak po latach zdradzi siostra Lokajskiego, Zofia Lokajska-Domańska, pseudonim „Zocha”, kotek z fotografii był zupełnie przypadkowym zwierzakiem, jakich wiele biegało po powstańczej Warszawie.

Eugeniusz zginął pod koniec września 1944 roku, na kilka dni przed kapitulacją. Miał niecałe 26 lat.  A kot ze zdjęcia, czy kot przeżył Powstanie?

Zwierzęta podczas Powstania Warszawskiego

Jak pisze Małgorzata Piekarska na swoim blogu piekarska.blog.pl: „Od bardzo dawna, od niepamiętnych czasów sięgających chyba jeszcze dzieciństwa, zastanawiam się, kto i kiedy zjadł kotka, którego trzyma na słynnym zdjęciu Eugeniusz Lokajski. Bo w to, że ów kot powstanie przeżył, jakoś nie wierzę.

Dziś pojechałam do Muzeum Powstania Warszawskiego na spotkanie Kombatantów z Prezydentem. Rozmawiałam z kombatantami o różnych rzeczach. Między innymi o głodzie. Mój ojciec nienawidził kaszy, bo kojarzyła mu się z głodem w czasie powstania. Nigdy nie jadł też koniny, bo tym żywił się w 1939 roku w czasie oblężenia Warszawy.

Opowiedziałam o tym mojemu rozmówcy, jednemu z żołnierzy z Batalionu Kiliński. W odpowiedzi na to opowiedział mi, jak w czasie powstania dowódca kazał jemu i koledze zabić czyjegoś buldoga, a sam w międzyczasie zagadał jego właściciela. Buldog został pozbawiony życia dość szybko. Uzyskane w ten sposób mięso dostało się między innymi siostrom zakonnym, które miały pod swoją opieką garstkę wygłodniałych dzieci. Następnego dnia kolega mojego rozmówcy poszedł do tych zakonnic i wrócił zapłakany. Wypytywany przez współtowarzyszy wykrztusił przez łzy, że tam, u zakonnic, wszyscy obcałowywali go po rękach dziękując za „wspaniałą cielęcinę”, a jemu było głupio, bo przecież to był czyjś pies.”

Byliśmy tak zgłodniali, że jedliśmy mięso z konia, którego toczyły robaki, jedliśmy też wychudzone koty i psy – wspomina Barbara Szymakowa, w czasie powstania 13-letnia dziewczynka, mieszkająca u dziadków przy ul. Burakowskiej.

Czy ten konkretny kot ze zdjęcia przeżył Powstanie, nie wiadomo. Ale przeżyło je wiele innych kotów. Były potrzebne, tępiły i przeganiały szczury. Były też kochane.

Co myśmy jedli? Nie było co jeść i nie wiem, jakby to było dalej, gdyby w czasie wybuchu nie otworzyły się szafki, które znajdowały się na klatce schodowej [w] części kuchennej. Co się okazało? Była mąka, kasza, fasola, budynie były nawet. Boże, dla nas to było coś fantastycznego! Myśmy do końca Powstania miały co jeść. Największym moim zmartwieniem było upilnowanie ukochanego kota, bo ludzie łakomym wzrokiem patrzyli na koty. Psów nie było już, a kotów trzeba było pilnować. W jakim celu, wiadomo. Upilnowałam go – opowiada Krystyna Burzyńska-Troć dla Archiwum Historii Mówionej www.1944.pl.

Nie wszystkie koty skończyły jako posiłek wygłodniałych ludzi. Niektóre niosły ratunek – Niemcy strzelali do wszystkiego, co się rusza, także do zwierząt, a huk wystrzałów zdradzał ich pozycje, ostrzegał powstańców i zwykłych mieszkańców Warszawy. W opowieściach powstańców wielokrotnie przewija się motyw kotów, ratowanych z opresji – wyplątywanych z drutów, zasieków, ruin, które to zwierzęta pośrednio ratowały swoich wybawców – dzięki tym kilku chwilom, poświęconym na wyciąganie kota z zasadzki, ludzie unikali kul.

Niektórym mruczkom udało się przeżyć.

Kot przeżył Powstanie. Ciekawa sprawa. Kiedy nam klatkę schodową „krowa” rozwaliła, kot był na górze. Kuzynka weszła na drugie piętro i wołała: „Kici-kici, kici-kici!”. Widziała go, że tam jest, ale nie chciał, nie wiedział, jak zejść. Oczywiście wpadłam w rozpacz. Jak to?! Mój kot zginie?! Proszę sobie wyobrazić, że w nocy idzie po mnie jakaś kula kurzu, pyłu i mruczy. Okazuje się, że zszedł i odnalazł mnie w piwnicy, a to była piwnica jedna z ostatnich. To było ogromne szczęście. Wszyscy się cieszyli: mama i ja, i siostra – mówi dalej Krystyna Burzyńska-Troć.

Relacje między ludźmi i kotami w czasach Powstania Warszawskiego nie były jednoznaczne.

Można by długo dyskutować, czy Powstanie było potrzebne czy nie, i o kotach i psach jako posiłkach wygłodzonych ludzi też można. Z pozycji wygodnego fotela to łatwe.

Minuta ciszy. Dla tamtych ludzi i tamtych zwierząt. Bez oceny.

fot. Eugeniusz Lokajski 1944, Archiwum Muzeum Powstania Warszawskiego

Autor: Joanna Nowakowska