Kot wiejski – jak jest, co można zrobić


Kot na wsi to najczęściej nadal zwierzę pracujące. Ma określone zadanie do wykonania: łapanie i odstraszanie myszy.

Wiejski kot z reguły nie ma ani czasu, ani możliwości, by beztrosko wylegiwać się na kanapie. Jego główne zadanie to ochrona zbiorów przed szkodnikami.

Jak żyje wiejski kot?

Pozbawiony opieki weterynaryjnej, nieszczepiony, zarobaczony, zapchlony, chory. Średni wiek życia wiejskiego kota to 2 lata. Rekordziści dożywają 5-6 lat. Giną pod kołami samochodów i maszyn rolniczych, rozszarpane przez psy, złapane we wnyki, czasem uderzone w złości łopatą czy widłami, czasem z powodu chorób – wszak na ogół nie chronią ich szczepienia.

Wiejski kot nie jest traktowany jak inwestycja – ma się sam wyżywić (w końcu łapie myszy, prawda?), czasem dostanie mleko z udoju krów, czasem resztki z obiadu. Bardzo rzadko kocią karmę.

Wiejskie koty wyglądają lepiej niż miejskie piwniczne i podwórkowe – to prawda. Żyją porównywalnie krótko. A gdy odchodzą, mało kto po nich płacze – czego jak czego, ale kociąt na wsi dostatek. Mało który wiejski kot ma wstęp do domu. Lato czy zima – jego królestwem jest obejście. Jeśli ma wstęp do ciepłej obory czy stajni – to jeszcze nie tak źle.

wiejski kot
fot. Shutterstock

Kotów nikt nie sterylizuje. Mnożą się, są zabijane, topione, zakopywane. Zostawia się te najładniejsze, albo te, na które jest popyt.

Czy zawsze jest tak samo?

Gwoli uczciwości trzeba przyznać, że bywa też inaczej. I to wcale nie u miastowych.

Urodziłam się jako dziecko wiejskie i choć od drugiego roku życia mieszkam w mieście, masę czasu spędzałam na wsi. Krowy mojej babci były myte i czesane, koń był oczkiem w głowie dziadka i babci, dziadek nigdy nie używał bata, a kiedy raz uderzył konia, bo ten zerwał popręg, to zaraz go przeprosił i pocałował. Koty spały w domu, jadły oczywiście resztki (a kto słyszał o chrupkach), nawet z sąsiedztwa koty babcia dokarmiała i hołubiła. A kiedy trzeba było oddać krowę na rzeź (obowiązkowe dostawy i w końcu do tego były hodowane) babcia się z nimi żegnała, i nie mogła patrzeć, jak je zabierają. I były to zamierzchłe czasy, ludzie po szkole wiejskiej powszechnej, prehistoria, telewizora jeszcze u nich nie było i programu Animals – lata 60-te i 70-te.

A teraz mój sąsiad, miastowy – a jakże, z dziada-pradziada, buduje dom i kopciuszki co chwilę zakładają gniazdo pod dachem i on już trzeci raz wyrzuca im gniazdo, mimo, że w niczym mu ono nie przeszkadza. Ostatnio jego teściowa wyrzuciła gniazdko z jajkami… Emerytowana pani profesor języka niemieckiego… I na nic zdają się nasze prośby, żeby tego nie robili. Bo im przeszkadzają i s… na taras.

Byłam jako dziecko świadkiem topienia kociąt przez dzieci sąsiadów. Strasznie to przeżyłam. A dziadek z tego powodu pobiegł do sąsiada z awanturą, że sobie tego nie życzy! No i te wiejskie ujadające psy na krótkich łańcuchach… (tatsu, papużki.webd.pl)

Jak poprawić los kotów wiejskich?

Należałoby zacząć od zmiany mentalności i walki z przesądami.

Zwierzę to nie rzecz i czuje – także to gospodarskie. Ma prawo do poszanowania jego życia i dbania o nie – stanowi o tym Ustawa o ochronie zwierząt. Polskie prawo tak mówi i tak ma być. Za jego łamanie grożą kary.

Kto zabija, uśmierca zwierzę albo dokonuje uboju zwierzęcia z naruszeniem przepisów podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Tej samej karze podlega ten, kto znęca się nad zwierzęciem. Jeżeli sprawca czynu działa ze szczególnym okrucieństwem podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Przez „szczególne okrucieństwo” rozumie się działania charakteryzujące się drastycznością form i metod zadawania śmierci, a zwłaszcza zadawanie śmierci w sposób wyszukany lub powolny, obliczony z premedytacją na zwiększenie rozmiaru cierpień i czasu ich trwania.

koty wiejskie zimą
fot. Shutterstock

Ogromna tu edukacyjna rola szkoły i Kościoła. Warto by ksiądz wspomniał o tym prawie i czuciu. Bo Św. Franciszek, bo narodziny Chrystusa w stajence wśród zwierząt – to nie ludzie a zwierzęta dały schronienie i dom Bogu.

Często to właśnie wiejska młodzież i dzieci nakłaniają rodziców do przywiezienia psa czy kota do weterynarza, a zawstydzony dorosły przyznaje „trzeba kotka leczyć, szkoda go, tak dzieci proszą”.

dziecko przytula kota
fot. Shutterstock

Można odwołać się do argumentów „życiowych”: zadbany kot równie dobrze łapie myszy, a nawet lepiej, bo jest silniejszy i sprawniejszy, da radę nawet szczurowi. Kot instynktownie lubi łapać myszy i z tego lubienia wynikają przecież kocie zabawy.

Mity o kotach funkcjonujące na wsi (i nie tylko)

Kotki są łowniejsze niż kocury – MIT.
Koty wysterylizowane/wykastrowane przestają być łowne – MIT.
Kotka przynajmniej raz w życiu powinna mieć młode – MIT.
Sterylizacja/kastracja to okaleczanie zwierząt – MIT.

Kocurki i kotki są tak samo łowne. Kastracja nie rozleniwia – wręcz przeciwnie – koty są i łowne, i więcej czasu spędzają w obejściu, nie włóczą się po wsi, nie tracą sił i czasu na amory, odpada problem nadmiaru kociąt i okrutne „domowe sposoby” uśmiercania ślepych miotów. A kotka wcale nie musi mieć kociąt, by być zdrowym i szczęśliwym zwierzęciem. Same korzyści.

Nie można zapominać o konieczności okresowych szczepień i odrobaczeń kotów – z korzyścią dla zdrowia kotów i ludzi.

Opieka weterynaryjna na wsi

To często poważny problem. Szczególnie gdy wieś jest oddalona od miasta i lecznic. Wiejscy lekarze weterynarii wciąż zbyt często są wyuczeni opieki – ale nad zwierzętami gospodarskimi – krowami, trzodą chlewną, końmi, owcami, kozami, drobiem. A co z psami i kotami? Co z odrobaczaniem, szczepieniem, kastracją? Zaszczepić pewnie potrafią, ale czy wykastrują kotkę małym cięciem? A może problem polega na tym, że nikt od nich nie oczekuje, by potrafili bezpiecznie kastrować kotkę czy sukę? Studenci mają w programie studiów zarówno duże zwierzęta jak i małe towarzyszące – wszyscy studenci weterynarii bez wyjątku.

Jeśli już zdarzy się miot, ślepe szczenięta i kocięta można uśpić w lecznicy – nie zakopać, nie utopić. Mądrzy radni wielu gmin w swych uchwałach wprowadzili zapis o dofinansowaniu kastracji, sterylizacji i usypaniu ślepych miotów.

wiejski kot
fot. Shutterstock

Fundacje prozwierzęce rzadko zajmują się wiejskimi kotami. Bo te koty mają swoich właścicieli, którzy powinni o nie zadbać. Fundacje mogą pomóc w edukacji mieszkańców  wsi, mogą pokazać, że wykastrowany kot naprawdę tak samo dobrze łapie myszy. Ba, to już się zdarza – wykastrowane koty-dzikuski trafiają z miasta na wieś i do stajni, by łapać przysłowiowe myszy. W przypadku trudnej sytuacji życiowej, fundacje mogą pomóc w wynegocjowaniu w lecznicy niższych cen zabiegów.

Jak mówi tekst na stronie Witryny Wiejskiej: Przekonanie ludzi do właściwej opieki nad swoim zwierzęciem lub chociażby do zaniechania znęcania się nad nim jest pracą mrówczą i niewdzięczną, a efekty starań są najczęściej niewspółmiernie małe w stosunku do wysiłku, jaki wkłada się w poprawę losu zwierząt. Rzadko kiedy są to spektakularne sukcesy, najczęściej mikroskopijne kroki w drodze do poprawienia ich warunków życia. Dlatego, w realiach dzisiejszej Polski i jej kulawego ustawodawstwa dotyczącego praw zwierząt, cieszy każdy przedłużony łańcuch, każda miska pełna wody czy załatany dach chlewika…

W końcu jesteśmy już jakiś czas w Unii Europejskiej. Pokażmy, że polscy rolnicy potrafią dbać o koty i psy. Bo są Europejczykami.

Autor: Joanna Nowakowska