„Zamknięty w mieszkaniu kot cierpi! Wypuść go”. A może to prosta droga pod koła samochodu?


Koty wychodzące od lat budzą wiele kontrowersji wśród kociarzy. Obie strony konfliktu mają swoje argumenty i... nie zamierzają odpuścić.

Duże miasto, godzina 6 rano. Na ulicy pojawiają się już samochody wiozące ludzi do pracy i spacerowicze z psami. Nagle jeden z idących chodnikiem psów zaczyna usilnie ciągnąć swoją opiekunkę w stronę przyulicznego trawnika, wyraźnie nęcony silnym zapachem. Po odgarnięciu gałęzi krzaków, pod które próbował wejść psiak, oczom opiekunki okazały się zakrwawione zwłoki kota. Szybko rozpoznała go po uciętym w połowie ogonie – to Kamyk, stały bywalec osiedla, który od pewnego czasu przestał pojawiać się w okolicy. Na pobliskim słupie wisiało opatrzone zdjęciem ogłoszenie o jego zaginięciu:

Poszukiwany kot Kamyk. Cechy charakterystyczne: skrócony ogon, biały krawat na szyi, na prawej tylnej łapce biała skarpetka, ufny wobec obcych. Daje się wziąć na ręce. Jeśli go widziałeś, zadzwoń – płacze za nim dwójka dzieci!

Czarno-białe ciałko Kamyka było wyraźnie świeże – mimo upałów nie krążyło nad nim wiele much. Prawdopodobnie mruczek został potrącony przez samochód, kiedy przechodził przez ulicę. Ostatkiem sił doczołgał się pod krzak, pod którym skonał w ogromnym cierpieniu. Gdyby tylko opiekunowie nie wypuszczali go z domu bez opieki, mógłby cieszyć się wspaniałym życiem jeszcze kolejnych 5 lat, a może nawet dłużej… Czy aby na pewno?

Wypuszczanie kotów z domu budzi wiele kontrowersji

Podejście nr 1. Zamknięty w czterech ścianach mieszkania kot cierpi. Pozbawiony jest możliwości realizowania swoich naturalnych, instynktownych potrzeb, polowania, możliwości wygrzewania się na słońcu, wspinania po drzewach, obserwowania natury. Kot nie jest zwierzęciem, które można sobie całkowicie podporządkować, potrzebuje tej wolności. Stąd u wielu kotów niewychodzących ciągła frustracja i takie problemy, jak agresja, drapanie mebli, zrywanie firanek… Zamknięte w domu koty nie mają też wystarczającej ilości ruchu, przez co często cierpią na otyłość. Mądry kot poradzi sobie na dworze bez problemu – przed psem ucieknie na drzewo, nie zgubi się i zawsze wróci na noc. Życie kota zamkniętego w więzieniu jest może i dłuższe, ale czy lepsze? Ludzie chcieliby kontrolować, pozamykać wszystko. Najważniejsze powinno być to, żeby kot był szczęśliwy.

Podejście nr 2. Zamknięty w czterech ścianach kot jest szczęśliwy. Jego otoczenie jest przewidywalne, daje poczucie bezpieczeństwa i nie naraża go na zbędny stres. Kot niewychodzący ma swoją bezpieczną rutynę, regularne, pełnowartościowe posiłki i zadbaną sierść. Mieszkający w domu kot nie jest narażony na ataki ze strony innych zwierząt, nie zarazi się śmiertelnymi wirusami powodującymi niewyobrażalne cierpienia, nie wpadnie pod samochód, nie zatruje się rozłożoną na osiedlu trutką na szczury. Dbający o niego, obserwujący go na co dzień opiekun bez trudu zauważy biegunkę, problemy z pęcherzem czy inne oznaki choroby i szybko będzie w stanie podjąć leczenie. Dzięki odpowiedniej dawce zabawy, ciekawym kryjówkom i drapakom, kot wychodzący może spełnić swoje naturalne potrzeby i nie zazna frustracji. Wystarczy tylko chcieć i trochę się postarać. Niewychodzący kot może żyć nawet i 20 lat – o kilkanaście lat dłużej, niż wynosi średnia długość życia kotów mieszkających na ulicy.

Kto ma rację? Zwolenników wypuszczania kotów bez nadzoru jest chyba tyle samo, co niewypuszczania. Dla tych pierwszych priorytetem jest zapewnienie kotu wolności nawet za cenę krótszego życia. Ryzykują, że mruczek pewnego dnia po prostu nie wróci lub wróci pogryziony czy chory. Ci drudzy kładą nacisk na bezpieczeństwo i zaspokajanie kocich potrzeb w sposób wymagający ogromnego zaangażowania opiekuna. A przeciętny opiekun nie po to wybiera kota zamiast psa, by poświęcać mu aż tyle czasu. Wystarczy wejść na dowolną facebookową grupę o kotach i opisać, w jakich warunkach żyje dany mruczek. Awantura gwarantowana.

Typowy miejski kot wychodzący – jaki jest?

Typowy miejski kot wychodzący jest pełen sprzeczności. Dla jednych jest nieodłączną częścią ekosystemu miasta – łapie szczury, czym zapobiega roznoszeniu się niebezpiecznych chorób i pomaga utrzymywać czystość na osiedlach. Dla drugich poluje tylko dla zabawy, przede wszystkim na zagrożone gatunki ptaków. Wychodzący kot miejski doskonale zna swoje otoczenie i nigdy się nie zgubi. Chyba że przez tydzień nie wróci do domu, bo zbyt daleko zawędruje. Nie wejdzie też na ulicę, bo jest zbyt mądry, by zbliżać się do niebezpiecznego hałasu. Choć potrącony będzie dogorywać na poboczu przez wiele godzin.

Typowy miejski kot wychodzący jest mistrzem ucieczek przed puszczanymi luzem psami. Jednak w starciu z większym, agresywnym psem nie ma żadnych szans, by przeżyć. Umie wejść na drzewo i z niego zejść bez najmniejszego problemu. Chyba że zapędzi się za wysoko i trzeba będzie organizować dla niego akcję ratunkową. Typowy wychodzący w mieście kot ma wyjątkową odporność na przeróżne choroby i wirusy. Jednak w każdej chwili może zarazić się od innego spacerującego kota FeLV, FIP i FIV. I może przeżyć nawet 20 lat, choć czasem nie dożywa nawet 10.

Typowy miejski kot wychodzący jest prawdziwym szczęściarzem lub ofiarą ludzkiej bezmyślności – zależy, kogo się o takiego kota spyta.

Wiele lat poświęciłam na pomaganie kotom – zarówno w ramach wolontariatu w fundacji, jak i samodzielnych działań w mojej okolicy. W tym czasie widziałam już chyba wszystko. Nie zliczę, ile razy zbierałam z ulicy kota po potrąceniu, z połamaną miednicą, z pękniętą czaszką, często w środku nocy szukając w panice najbliższej całodobowej lecznicy. Byle tylko zdążyć, zanim umrze, zanim wykrwawi się do reszty, choć większość z nich odchodzi mi na rękach. Niezliczoną ilość razy dosłownie zdrapywałam z asfaltu rozjechane przez samochód „szczęśliwe” koty wychodzące, tylko po to, by chociaż po śmierci mogły zaznać spokoju. Do naszej fundacji trafia mnóstwo takich „wolnych” kotów. I to nie tylko po wypadkach, ale także ofiar różnych zwyrodnialców, którzy z tych biednych zwierząt robią sobie tarcze strzelnicze, podpalają je lub odcinają im kończyny i porzucają na pastwę losu. My te koty leczymy, często za kwotę kilku lub kilkunastu tysięcy złotych. Nigdy żaden z moich kotów nie trafi do domu wychodzącego, gdzie przez głupotę ludzką może zginąć już następnego dnia – opowiada nam wolontariuszka jednej z fundacji ratującej koty.

Wiejskie koty wychodzące. Czy je też trzeba pozamykać?

Na wsi sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tu od najbliższej ruchliwej drogi zwierzaka mogą dzielić nawet całe kilometry i nic go nie rozjedzie. Tutaj wszyscy się znają, więc nikt kotu sąsiada krzywdy nie zrobi i potraktuje jak własnego. Tu trudno spotkać mysz najedzoną trutką rozstawioną w piwnicy. Koty mogą więc robić, co chcą, bo nic im nie grozi.

Jednak nawet na wsi znajdą się przeciwnicy wypuszczania kotów. Bardziej dzikie środowisko obfituje bowiem w różne, często zagrożone gatunki zwierząt… A nawet najedzony kot poluje i jego ofiary można liczyć w dziesiątkach, a nawet setkach. Tak każą mu instynkty, których nie da się pohamować. Wśród osób wypuszczających koty na wsi znajdują się osoby, które uważają, że można wypuszczać kota w bezpieczny dla otoczenia sposób, czyli udostępnić zwierzakom ogrodzony, zabezpieczony teren.

Mieszkam na wsi, wokół pola i lasy. Mam dwa adoptowane koty, uratowane z działek, czyli od urodzenia dzikie. Zanim do mnie trafiły, przez chwilę mieszkały w kawalerce, ale bardzo cierpiały, spędzały całe dnie miaucząc w oknie i nic nie jadły. Gdy trafiły do mnie, gdzie mogą wychodzić, kiedy chcą, odżyły. Nie mają problemu z jedzeniem, są w dobrej formie. Przestały też być dzikie – oswoiły się na tyle, że same przychodzą na wołanie i dają się głaskać. Widzę ich szczęście, gdy wygrzewają się w słońcu, tarzają w trawie i drapią ulubione drzewo. Wracają do domu właściwie tylko spać. Znam argumenty przeciwników wypuszczania kotów, ale nie uważam, że mnie dotyczą. Moje koty nie wychodzą poza ogrodzony teren i na nic, poza owadami, nie polują, nie zagrażają więc nikomu ani im też nikt nie zagraża – mówi opiekunka kotów z województwa mazowieckiego.

Wydawać by się mogło, że taki sposób na zapewnienie kotu kontaktu ze światem zewnętrznym jest całkowicie bezpieczny zarówno dla samego kota, jak i otaczającego go środowiska. Szczególnie sprzyjające warunki mają tu koty, które nie wychowały się u boku człowieka i od zawsze żyły na wolności, która została im odebrana na przykład z powodu niepełnosprawności czy konieczności leczenia przewlekłej choroby. Okazuje się jednak, że wiele fundacji zajmujących się pomocą kotom również takie warunki uważa za całkowicie nieodpowiednie dla swoich podopiecznych.

Koty wychodzące oczami specjalistów

Debata nad wypuszczaniem i niewypuszczaniem kotów bez nadzoru skłoniła do wyrażenia swojej opinii wielu specjalistów – behawiorystów i lekarzy weterynarii. Zarówno jedni, jak i drudzy biorą pod uwagę wszystkie wady i zalety trzymania kotów w domu. I… proponują rozwiązanie, które może stać się bezpiecznym i satysfakcjonującym kompromisem.

W gabinecie dość często spotykam koty, u których diagnozuję idiopatyczne zapalenie pęcherza moczowego, czyli chorobę na tle stresowym. Z moich obserwacji wynika, że pozwolenie kotu na regularne wychodzenie – w ruchliwym mieście oczywiście na smyczy – zapobiega temu schorzeniu. Nuda, brak ruchu i możliwości zaspokojenia potrzeb to ogromny problem wśród kotów zamkniętych non stop w czterech ścianach. Cierpi zarówno ich psychika, jak i ciało, które przeważnie waży dużo więcej niż powinno. Zgadzam się, że w mieście kotów nie powinno się wypuszczać samopas, a jedynie na smyczy, gdyż grozi im realne niebezpieczeństwo w postaci samochodów. Ale wychodźmy na tej smyczy regularnie, niczym z psem, każdego dnia – mówi nam lekarka weterynarii pracująca w dużym mieście.

Propozycja spacerów z kotem spotyka się z różnymi reakcjami opiekunów. Jedni taki zwyczaj praktykują już od lat, ku zadowoleniu swoich mruczących pupili. Drudzy nie po to brali kota, zamiast psa, by aż tak angażować się w opiekę nad zwierzakiem – prędzej uchylą kotu okienko, by sam zajął się swoimi sprawami. Trzeci uważają, że wyjście z kotem na zatłoczone osiedle będzie wyłącznie źródłem stresu dla wychowanego w domu mruczka i wolą zapewniać mu atrakcje w zaciszu czterech ścian. W kwestii wyprowadzania kotów na spacery na smyczy kociarze również nie są zgodni. I nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić.

Autor: Aleksandra Prochocka
Array
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments