Jak dotyk anioła – wywiad z Agnieszką Włodarczyk


O kocie stoiku, suczce fitnessówie i ukochanych zwierzakach, które odeszły – opowiada Agnieszka Włodarczyk.

Wywiad z magazynu „Mój Pies i Kot” nr 10(57)/2020. Z Agnieszką Włodarczyk rozmawia Paulina Król.

Pierwszym zwierzakiem w dorosłym życiu Agnieszki był kot Lenny. Wybierając się na wystawę psów na Torwarze, nie sądziła, że wróci z niej z kociakiem. Zobaczyła zmaltretowane małe rude kocię w pudełku handlarza i postanowiła je uratować. Okazało się, że Lenny był w opłakanym stanie. Przez tydzień woziła go na kroplówki, bo miał biegunki, gotowała mu jedzenie, dbała o niego, jak tylko mogła. I udało się jej. Kotek odzyskał zdrowie i został najlepszym przyjacielem na kolejnych 15 lat.

Nazwała Pani Lenny’ego swoją największą kocią miłością.

Towarzyszył mi podczas przeprowadzek, w sukcesach i porażkach, był najbliższym członkiem rodziny. Miałam wrażenie, że on mnie rozumie. Pocieszał mnie, mrucząc, i rozśmieszał, ciągnąc za włosy. Zachorował, gdy miał ponad 14 lat. Osiem miesięcy walczyłam z jego nowotworem jelita grubego. W pewnym momencie bardzo schudł, osłabł. Stanęłam przed najtrudniejszym dylematem: czy skrócić jego cierpienie i pozwolić mu odejść, czy walczyć do końca. Wyłam z rozpaczy i bezsilności przez tydzień. Codziennie jeździłam 30 km w jedną stronę do weterynarza na kroplówki, robiłam lewatywy, kiedy nie mógł się załatwić. Nie wiedziałam, czy operacja mu pomoże, ale zdecydowałam się na nią. Lenny odżył dzięki niej, ale tylko na trzy miesiące.

Umarł w moich ramionach, ukochany i bezpieczny. To było bardzo trudne rozstanie. Swoim żalem podzieliłam się z Leonem, moim psem, któremu powiedziałam: stary, nie wyobrażam sobie, żebym coś takiego musiała zrobić z tobą, chyba pękłoby mi serce.

Więź, która łączyła Panią z Leonem, też była niezwykła.

Przypadek sprawił, że w moim życiu pojawił się pies. Leon błąkał się przy autostradzie w okolicach stacji benzynowej. Serce mi podpowiedziało, że nie mogę go tak zostawić. Był zapchlony, miał chore zęby i trzeba było zrobić z tym porządek. Jeździłam z nim do okulisty, do kardiologa. Aż moja babcia się dziwiła, że z psem chodzi się do tylu specjalistów. Ale już taka jestem, że o siebie nie zadbam, ale o zwierzaki zawsze.

Nieco później, zaniepokojona tym, że Leon dziwnie dyszy, zrobiłam mu prześwietlenie klatki piersiowej. Zalałam się łzami, kiedy się okazało, że ma w sobie śrut, czyli jakiś bandyta do niego strzelał. Mimo tych strasznych przeżyć on mi zaufał w pięć sekund. Najbardziej się obawiałam, jak się zachowa w stosunku do kotów. Wykazał się niezwykłą mądrością. Kiedy wszedł do domu i trzy koty patrzyły na niego z wysokiego blatu, powiedziałam: No stary, to jest test dla ciebie, jak go nie zdasz, to bardzo mi przykro, one były pierwsze, więc zachowuj się grzecznie. Popatrzył na mnie, robiąc te swoje spanielowe oczy, i zrozumiał.

Mam wrażenie, że zrozumiał też moje słowa po odejściu Lenny’ego. Po czterech wspólnych latach umarł beze mnie. Początkowo mój niewyobrażalny ból był połączony z żalem, że nie było mnie wtedy przy nim, ale potem pomyślałam, że mój najlepszy przyjaciel dał mi taki gift, żebym nie musiała patrzeć, jak gaśnie. Bo jak inaczej zrozumieć to, że pies, który był wesoły, pozostawiony u znajomego w hoteliku dla zwierząt z powodu mojego wyjazdu, akurat wtedy nagle bardzo źle się poczuł w nocy. Po otwarciu jamy brzusznej okazało się, że

rozlały się guzy na śledzionie. Dowiedziałam się, że rozrost nowotworu śledziony jest powolny i po psie nie widać, że coś mu dolega, a pogorszenie stanu zdrowia następuje nagle w momencie pęknięcia guzów. Mój rudy, ukochany psi ludzik na szczęście nie cierpiał.

Agnieszka Włodarczyk z Bronkiem
fot. Celestyna Król

Zanim odszedł Lenny, w domu był już kot Bronek.

Bronka przygarnęłam z fundacji Kocia Łapka sześć lat temu. Błąkał się po warszawskiej Pradze, gdzie znalazła go karmicielka kotów. Odwiedziłam go dwa razy, żebyśmy się mogli poznać, i od razu się polubiliśmy. Uprzedzono mnie, że ma problemy z nerkami, ale wolontariuszki mi zaufały. Kiedy zabierałam go do domu, strasznie śmierdział, był cały wymemłany w moczu. Poddał się kąpieli bez miauknięcia, pozwolił się wysuszyć suszarką. Pomyślałam, że to jakiś stoik, tyle miał i ma nadal spokoju w sobie. Nawet niespecjalnie lubi się bawić, głównie śpi, je, domaga się pieszczot i uwagi. Nie opuszcza mnie na krok, wszędzie za mną chodzi, budzi się, kiedy ja się budzę, razem zaczynamy i kończymy dzień. Okazał się kotem megaufnym: nie drapie, pozwala sobie nawet obcinać pazurki.

Tosia
fot. Celestyna Król

Bronek ma psią koleżankę. Czy z Tośką też ma Pani tak bliskie relacje?

Tośkę wypatrzyłam w fundacji Zwierzaki w Potrzebie z Wołomina. Wiedziałam od wolontariuszek, że jest psem kochanym, ale bardzo lękliwym. Przyjechała aż z Dniepropietrowska, znaleziona przy lesie wraz ze szczeniakami. W schronisku Tosia obdzielała matczynym mlekiem także inne szczeniaki. Urzekło mnie, że to taka supermama. Jesteśmy razem już pięć lat, jest bardzo sprawna fizycznie, taka fitnessówa, potrafi przeskoczyć dwumetrowy płot. Wydawało mi się, że miłością i opieką można otworzyć takiego psa, ale to niełatwe zadanie. Jest grzeczna i nie można jej niczego zarzucić oprócz nieufności. Jest innym psem niż Leon, z którym się lubili.

Na spacerach była zadymiarą, krzyczała na duże psy, po czym chowała się i wystawiała Leona. A on bohatersko odganiał psy tyłkiem. Czasem stawał między Tośką i obcym psem, wydawał dziwne dźwięki z tym swoim uśmiechem na twarzy, jakby starał się powiedzieć: no dobra, luz, już się nie denerwuj. Po odejściu Leosia Tośka była cieniem psa, nie chciała jeść. Zapraszałam więc do domu znajomych z psami, żeby ją pocieszyć. Nawet znalazłam jej chłopaka, jamnika Focusa, który do dziś do nas wpada i ją rozbawia, bo jest taki Leosiowy. Bronek i Tośka się tolerują. Kiedy jednak ona chce przejść przez korytarz, musi przyspieszać, bo kot stoi jak ochroniarz i czeka, żeby ją poboksować łapami, ale nie robi jej krzywdy.

Agnieszka Włodarczyk z Tosią
fot. Celestyna Król

Z lękliwym psem trudno było stawać do konkurencji w programie „Przygarnij mnie”, a jednak wygrałyście jeden odcinek.

Tośka jest typowym niejadkiem. Nie ma mowy, by praca z przysmakami przynosiła oczekiwane efekty. Paradoksalnie ta jej cecha przyczyniła się do naszej wygranej. Psy miały do pokonania labirynt wysypany smaczkami, a zadanie polegało na tym, kto pierwszy przybiegnie na zawołanie. Wszystkie psy łakomczuchy przystawały po drodze, a Tośkę smaczki w ogóle nie obchodziły i była najszybsza.

Mówi Pani: jestem kociarą. Czy koty są Pani bliższe niż psy?

Kocham koty, bo mnie rozbawiają, wydaje mi się, że mają wiecznie wkurzony wyraz twarzy. Zachowują się trochę jak małpy, które obserwowałam w Tajlandii. Tam małpy robiły sobie jaja z psów. Koty jak małpy dużo kombinują, a psy są prostolinijne. Lubię zwierzaki, które są trochę bezczelne, to znaczy same przychodzą na kolana, same domagają się pieszczot. Leon na przykład gadał do mnie cały czas, był wiecznie rozemocjonowany, co mnie rozbawiało i rozczulało. Koty nauczyły mnie szanować zdanie innych, a od psów nauczyłam się wierności, zaufania. Nie wiem, czy w tych czasach to się sprawdza, ale myślę, że w stosunku do dobrych ludzi – jak najbardziej.

W 2015 roku była Pani nominowana do nagrody Serce dla Zwierząt między innymi za przekazanie 300 kg karmy dla Fundacji Ada w Przemyślu, która nazwała ten gest „dotykiem anioła”.

Podpisując umowę z Pedigree przy okazji realizacji programu „Przygarnij mnie”, poprosiłam, aby przekazali tonę karmy dla potrzebujących zwierząt. Rozdysponowałam ten dar według własnego uznania. Miło mi było, że Ada tak pięknie mi podziękowała. Uważam, że pomaganie ma sens, ale trzeba to robić mądrze. Z żalem stwierdzam, że środowisko prozwierzęce jest bardzo hejtujące. Mówię to, w pełni doceniając działalność wielu organizacji, ale też, żeby uczulić chętnych do pomagania, by ta pomoc była skierowana tam, gdzie jest naprawdę potrzebna.

Agnieszka Włodarczyk – aktorka i piosenkarka, często angażująca się w działalność charytatywną, głównie dla poprawy dobrostanu zwierząt, za co w 2015 roku była nominowana do nagrody Serce dla Zwierząt przez portal Psy.pl.

Autor: Paulina Król